- Wszystko przez to, że nie było tych różowych hiacyntów - Anka próbuje jeszcze połykać łzy - Od tego się wszystko zaczęło.Chciałam same różowe, albo chociaż z białymi, czy jasnoniebieskimi... Mam taki duży, okrągły koszyk, byłaby kolorowa, a do tego pachnąca dekoracja. Ale mieli tylko takie ciemnogranatowe, ponure, to nie wzięłam. Kupiłam zamiast tego miniaturowe żonkile, a one tak szybko zasychają - no, może nie podlałam ich na czas - ale i tak są zbyt mało okazałe. I Tomek nawet nie wyjął naszych świątecznych baranków, a przecież zawsze tak się cieszył, jak je rozstawiał.....
- Zaraz, powoli, bo nic nie rozumiem! Tomek nie wyjął baranków, bo nie kupiłaś różowych hiacyntów?
- Nie, nie dlatego. Ale od początku wszystko było nie tak, a on już musiał wiedzieć, że zaraz wyjedzie, dlatego wcale się tymi ozdobami nie interesował.
- To Tomek wyjechał?
- Radziłaś mi, wygoń tego trutnia, a tymczasem on sam nas opuścił - Anka rozpłakała się już na dobre.
- Naprawdę odszedł od ciebie? - nie mogę uwierzyć.
- No nie - niechętnie przyznaje Anka - tak całkiem nie odszedł, pojechał do jakiegoś dzikiego kraju robić interesy z mafią. Ale on już nie wróci, bo tam go w końcu na pewno zakopią!
- Zakopią? O czym ty mówisz, opamiętaj się dziewczyno!
- Mój zięć tak mówił, on ich wszystkich dobrze zna i ostrzegał Tomka, żeby im nie wierzył, bo oni najpierw z kaźdym piją, a potem w łeb i do piachu. Ale Tomek nikogo nie chciał słuchać, tak się uparł na ten wyjazd. Ja się też pierwszy raz postawiłam, powiedziałam, że widać się nie nadaje do biznesów, skoro żaden mu nie wyszedł, więc czas się wreszcie opamiętać i znaleźć sobie jakąś uczciwą pracę.
- i co on na to?
- Ach, wiesz, jaki on jest! Do normalnej roboty to on się nie nadaje, tylko: załatwić, zorganizować, pojechać - wtedy jest w swoim żywiole. Musiał już dawno nabić sobie głowę tym wyjazdem, przebąkiwał nawet nieraz, ale bardziej na zasadzie sondażu, co ja o tym myślę. A ja cały czas mówiłam, że to głupi pomysł, interesu z tego nie będzie i żeby wreszcie przestał się wodzić za nos tym ludziom. To szykował wszystko po cichu i nagle w świąteczny poniedziałek - szast, prast - zaraz wyjeżdżam. I tyle było świątecznej atmosfery! - znowu zalała się łzami
- Naprawdę wam to zrobił, wyjechał w same święta? - teraz i ja zaczynam być oburzona
- Mówię ci, że musiał szykować się wcześniej - mówi przez łzy - Teraz jak o tym myślę, to uświadamiam sobie, że Tomek był przed świętami wyjątkowo zgodny. Nawet nie marudził, że każę mu wytrzepać dywan, przykładał się do wszystkiego, co poleciłam mu zrobić, a zawsze się migał. I naprawił te wszystkie krany i gniazdka, które od miesięcy prosiły się naprawy!
- I po co to wszystko? - pyta po chwili z goryczą - to mycie okien, gotowanie, pieczenie, zakupy jak dla pułku wojska?
- Przestań - protestuję - przecież nie robiłaś tego tylko dla niego, masz dzieci, przyjechała wnuczka...
- A gdzie tam! Teraz dopiero się okazało, jak bardzo dla niego! Jak wyjechał, miałam ochotę wyrzucić to całe jedzenie do śmietnika. Nikt tak jak Tomek nie lubi dobrze zjeść. Tak mnie to wkurzało, że wciąż tyje, nie może się powstrzymać od jedzenia i wciąż gotowałam jego ulubione smakołyki,,, A teraz? Nie umiem nawet posiekać sałatki na dwie osoby, ciągle wychodzi mi pełna miska. Chyba naprawdę zacznę wyrzucać jedzenie. - łzy płyną jej nieprzerwanie po policzkach - Wiesz, jak wyjechał, zaraz pochowałam te wszystkie świąteczne pisanki, nie mogłam na nie patrzeć, już nigdy chyba nie będę się cieszyć ze świąt. .. A najgorzej to było z ręcznikiem - dodaje po chwili bez sensu - dopiero w sobotę wyjęłam mu czysty ręcznik. Zaledwie na dwa dni - rozżala się - i po co? Dobrze, że chociaż pościeli nie zdążyłam zmienić!
....Jak ja sobie teraz poradzę? - dodaje po chwili bezradnie
Ja też myślę, że to bez sensu - to co Anka mówi. Przecież pościel, czy firanki zmienia się i tak. Dla siebie by tego nie zrobiła? Ale nie mówię jej tego, bo widzę, w jak strasznym jest stanie. Zamiast tego pocieszam niezgrabnie
- Oczywiście, że sobie poradzisz! Przecież dawniej Tomka nie bywało nawet po pół roku, a ty doskonale sobie radziłaś i to z malutkimi dziećmi i pracą!
- Wtedy to co innego! Miałam samochód i do tego jeszcze mieszkałam w centrum. Dookoła znajomi, rodzina, wszyscy pomagali...Teraz do znajomych bez samochodu nie dojadę, wszyscy powyprowadzali się na przedmieścia. Córka cały dzień na uczelni, a ja siedzę sama jak palec... A kto mnie zawiezie na tradycyjną majówkę? Kto przywiezie 5kg piasku z Lidla dla kota?
- Nie przesadzaj - protestuję - i tak cały czas siedziałaś sama, pora to zmienić. Ze znajomymi możesz umawiać się na mieście, a na majówkę też na pewno cię zabiorą i piasek z Lidla chętnie przywiozą. Zresztą piasek akurat możesz kupić wszędzie, a nawet zamówić przez internet z dostawą do domu.
- Tomek zawsze kupował worki na śmieci i kostki zapachowe do toalety - Anka nie daje za wygraną - sam o tym pamiętał, ja w ogóle o tym nie myślałam. I pościel przewlekał, i wieszał duże pranie w suszarni - tylko potem nie mogłam się doprosić, żeby przyniósł z powrotem...Teraz wszystko będzie na mojej głowie!
Chce mi się śmiać. 1% spośród wszystkich czynności domowych łaskawie wykonywał Tomek, a Anka martwi się, jak ona sobie teraz poradzi. Ale zdaję sobie sprawę, że każde małżeństwo ma takie swoje drobiazgi, którymi zajmuje się tylko jedna strona. A druga na codzień nawet sobie tego nie uświadamia. Przypominam sobie ciotkę, osobę wykształconą, zajmującą się całym domem, bo mąż był głównie od zarabiania pieniędzy i dopieszczania domowników, jak martwiła się po jego śmierci, że nie potrafi opłacić rachunków. Bo on to zawsze robił, a ona nawet nie wie, jakie te rachunki i ile ich jest...
Wtedy zrozumiałam, że nieważne - śmierć, rozwód, czy inny powód odejścia - każdy brak boli tak samo.
Żal mi Anki, bo widzę, jak bardzo cierpi, choć czas pokaże, czy ta zmiana nie wpłynie korzystnie na jej życie. Może tak było trzeba, żeby wreszcie się obudziła?
Życie nie jest wyłącznie białe, albo tylko czarne. Składa się z wielu barw i niezliczonych odcieni szarości. O tym ma być ten blog. Piszę tak, jak czuję. Mam prawo do własnych opinii i do błędów także. Zachęcam więc wszystkich do konstruktywnej polemiki, jednak nie pozwolę na chamstwo i obrażanie moich gości i mnie na tym forum.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samo życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samo życie. Pokaż wszystkie posty
środa, 10 kwietnia 2013
czwartek, 21 marca 2013
Nie kopać leżącego?

- Wyrzuć wreszcie tego trutnia! - tłumaczę kolejny raz Ance - w twoim życiu tak naprawdę nic na gorsze się nie zmieni, a będziesz spokojniejsza i twoja sytuacja stanie się jasna.
Ten truteń to mąż Anki. Tomek jest typem wiecznego chłopca, co było może i rozczulające trochę po ślubie, ale u prawie sześćdziesięcioletniego chłopa dawno już bawić przestało. Kiedy Anka sama boryka się z utrzymaniem domu, sprzątaniem, zakupami itp., Tomek dobrze się bawi. Bo praca jest dla Tomka źródłem nieustającej przyjemności. Wyjeżdża, prowadzi rozmowy z potencjalnymi klientami, przy okazji coś zwiedzi, ktoś zaprosi go na dobry obiad, ktoś inny do parku rozrywki... Ance nie daje żadnych pieniędzy na życie, ale przecież nie dlatego, że nie chce - no po prostu nie ma. Gdyby miał, na pewno by dał. Ale jeszcze zrobi ten interes życia, wtedy im wszystkim nawet ptasiego mleka nie zabraknie!
Interes życia Tomek próbuje zrobić już od wielu lat. Kiedyś pracował w państwowej firmie, ale nie bardzo umiał się dogadać ze zwierzchnikami. Potem było kilka lat na etacie w korporacjach, ale tam także rządziły same głupki bez wyobraźni, nie umiejące myśleć perspektywicznie i docenić kreatywności swojego pracownika. Gdyby tylko go posłuchali i chcieli wdrożyć jego pomysły, to ho, ho! Ale nie chcieli. Wtedy odszedł budować własne biznesy. Tym razem ciągle coś staje na drodze jego sukcesu. A to nieuczciwi wspólnicy, a to mało elastyczni urzędnicy i przepisy, to znów głupi klienci, którzy nie potrafią docenić fantastycznych produktów, które Tomek oferuje. Kolejne firmy padają, a Tomek zakłada następne, bo przecież ten sukces kiedyś w końcu musi przyjść.
W międzyczasie Anka przejęła na siebie opłacanie wszystkich rachunków, bo pieniądze Tomka nigdy nie wpływały terminowo i zaczęły się tworzyć spore zaległości. W zamian za to Tomek zobowiązał się finansować codzienne zakupy, jako że łatwiej mu było dysponować mniejszymi sumami na bieżąco. Niestety, coraz częściej Anka bywała zaskakiwana przy kasie koniecznością uregulowania należności.
- Teraz nie mam, ale później ci oddam, kochanie...
Dziś Anka znalazła się już pod ścianą. Drobne oszczędności, które kiedyś udało jej się zrobić, dawno stopniały. Ceny rosną, jej pensja nie, bo w tej branży też jest kryzys. Po opłaceniu wszystkich rachunków zostaje jej najwyżej na podstawowe produkty żywnościowe, także coraz bardziej ograniczane. O ciuchach, przyjemnościach typu kino, czy basen, dawno zapomniała. Przestała chodzić do dentysty, czasem tylko pozwala sobie na fryzjera. Dobrze, że córka studentka pracuje dorywczo, ma przynajmniej na swoje kosmetyki, czy jakiś ciuch. Tomek dziwnym trafem też ma na swoje spodnie, czy buty, kiedy już z niego spadają. Albo na dziesiątą koszulę, bo jest wyjątkowo ładna i do tego śmiesznie tania - tylko 20 zł. W zeszłym roku kupił gdzieś w Polsce super kurtkę i zostawił do skrócenia rękawów. Do dziś jej nie odebrał, jakoś mu nie po drodze. Kiedy ostatnio spodobała mu się piżama z Garfieldem za, bagatela - 100zł (ale widziałaś, jaki to świetny materiał, ja bym latem w tym chodził), Anka nie wytrzymała.
- Nie mam nawet za co zrobić świąt - płacze mi w mankiet. Bo jestem chyba jedyną osobą, która wie o ich kłopotach. Ania ukrywa prawdę przed dziećmi i mamą. Wyprawia huczne święta, żeby nikt się nawet nie domyślił, jaka jest jej sytuacja, bo się tego wstydzi. Tylko jeszcze teść wie o wszystkim, bo jak Anka przypuszcza, Tomek nieraz już prosił ojca o pożyczkę. On także uważa, że powinna wystawić walizki męża za drzwi. Ale Ania nie jest o tym przekonana.
- Przecież Tomek się stara - mówi - nie jego wina, że się nie udaje.
- Nie żartuj - protestuję - on żyje tak, jak mu wygodnie i wcale nie ma ochoty tego zmieniać. Czego ty się boisz? Finansowo ci się nie pogorszy, i tak sama ciągniesz to wszystko. Potrzebny ci facet, który tylko leży na kanapie przed telewizorem i w niczym ci nie pomaga?
- Ludzie mają lepsze i gorsze momenty w życiu. Jak można kogoś skreślić tylko dlatego, że akurat mu nie idzie? Przecież nie kopie się leżącego! Zresztą, był czas, kiedy to Tomek utrzymywał rodzinę, a ja siedziałam w domu z dziećmi. Teraz się wyrównało.
- Jakie wyrównało? Czy ty się słyszysz? Ty nie siedziałaś z dziećmi, tylko się nimi zajmowałaś. Gdyby to robił kto inny, trzeba by mu było zapłacić....
Ale próżne moje gadanie, Anka jest lojalna do bólu. I delikatna - jeszcze się martwi, że mogłaby Tomkowi sprawić przykrość, prosząc go o pieniądze. Przecież wiadomo, jak bardzo mężczyźni przeżywają, nie mogąc utrzymać rodziny. Ostatnio wymyśliła więc sposób, by poradzić sobie z finansami - po prostu musi sobie znaleźć dodatkową pracę.
czwartek, 28 lutego 2013
Spadające gwiazdy
..."Narzeczona Roberta Janowskiego aresztowana za kradzież futer w Stanach"... krzyczą ostatnio nagłówki.
- I widzisz, Wąsik, dobrze ci tak - myślę sobie, bynajmniej nie złośliwie, raczej z odrobiną smutku. Lubiłam Roberta Janowskiego kiedyś, był dla mnie takim chłopakiem z sąsiedztwa, weterynarzem, który przez przypadek odkrył w sobie talent, ale jest dalej zwykłym, normalnym człowiekiem, ma kochającą rodzinę - tę samą żonę od wielu lat, uwielbiane córki. I nagle trach! - stuknęła pięćdziesiątka, rozwód, obrzucanie się błotem. Moja sympatia zdecydowanie osłabła. Żeby wszystko było jasne - nie jestem jakąś zatwardziałą dewotką, która nie uznaje rozwodów i wierzy w miłość aż do grobowej deski. Przeciwnie - uważam, że jeśli ludziom się nie układa, lepiej rozejść się w dwie różne strony i to zanim zacznie się skakać sobie do gardeł. Wiem też, co to jest pijar i jak kreują swój wizerunek gwiazdy - często naprawdę daleki od rzeczywistości. Jednak czym innym jest rozstanie ludzi, którzy już nie potrafią być ze sobą, a czym innym pęd do wymiany wszystkiego na nowszy model. Przecież wymieniamy wszystko - telewizory, komputery, samochody...W ilu szufladach leżą dziś stosy komórek, bo co roku są lepsze modele z nowymi "bajerami". Dlaczego więc nie wymienić żony (męża) na nowszy model, skoro stary się znudził? W tych kręgach zwłaszcza, gdzie żyje się szybko, nie ma czasu na żmudne naprawianie relacji z obecnym partnerem, a potrzeba nowych doznań, nowych podniet jest jak głód. Szkoda, że ten nowy model okazał się tak felerny. Jak muszą się czuć teraz tak uwielbiane przez pana Janowskiego córki? Czytając o narzeczonej ojca, która kradła przecież nie z głodu? To chęć otaczania się luksusem okazała się zbyt silna. A może i to nie, może to potrzeba adrenaliny, chęć przeżycia czegoś naprawdę ekscytującego? Wszak gwiazdy najbardziej lubią fruwać i nie chcą pamiętać, że każdy lot może się skończyć bolesnym upadkiem!
- I widzisz, Wąsik, dobrze ci tak - myślę sobie, bynajmniej nie złośliwie, raczej z odrobiną smutku. Lubiłam Roberta Janowskiego kiedyś, był dla mnie takim chłopakiem z sąsiedztwa, weterynarzem, który przez przypadek odkrył w sobie talent, ale jest dalej zwykłym, normalnym człowiekiem, ma kochającą rodzinę - tę samą żonę od wielu lat, uwielbiane córki. I nagle trach! - stuknęła pięćdziesiątka, rozwód, obrzucanie się błotem. Moja sympatia zdecydowanie osłabła. Żeby wszystko było jasne - nie jestem jakąś zatwardziałą dewotką, która nie uznaje rozwodów i wierzy w miłość aż do grobowej deski. Przeciwnie - uważam, że jeśli ludziom się nie układa, lepiej rozejść się w dwie różne strony i to zanim zacznie się skakać sobie do gardeł. Wiem też, co to jest pijar i jak kreują swój wizerunek gwiazdy - często naprawdę daleki od rzeczywistości. Jednak czym innym jest rozstanie ludzi, którzy już nie potrafią być ze sobą, a czym innym pęd do wymiany wszystkiego na nowszy model. Przecież wymieniamy wszystko - telewizory, komputery, samochody...W ilu szufladach leżą dziś stosy komórek, bo co roku są lepsze modele z nowymi "bajerami". Dlaczego więc nie wymienić żony (męża) na nowszy model, skoro stary się znudził? W tych kręgach zwłaszcza, gdzie żyje się szybko, nie ma czasu na żmudne naprawianie relacji z obecnym partnerem, a potrzeba nowych doznań, nowych podniet jest jak głód. Szkoda, że ten nowy model okazał się tak felerny. Jak muszą się czuć teraz tak uwielbiane przez pana Janowskiego córki? Czytając o narzeczonej ojca, która kradła przecież nie z głodu? To chęć otaczania się luksusem okazała się zbyt silna. A może i to nie, może to potrzeba adrenaliny, chęć przeżycia czegoś naprawdę ekscytującego? Wszak gwiazdy najbardziej lubią fruwać i nie chcą pamiętać, że każdy lot może się skończyć bolesnym upadkiem!
sobota, 16 lutego 2013
Ze ślubem, czy bez?...
Ewa i Sławek są ze sobą dłużej, niż my jesteśmy małżeństwem, czyli więcej niż 30 lat. Mieszkają razem trochę mniej, bo dopiero od czasu, gdy Sławek dostał służbowe mieszkanie. Dziś takie wspólne zamieszkanie to prawie bułka z masłem; jeśli robi się szum wokół związków partnerskich, to częściej ma się na myśli te "jednopłciowe", niż spowszedniały już wolny związek mężczyzny i kobiety. Wtedy jednak to była jeszcze "duża rzecz" - grzeszna i zakazana, toteż znajomi po kolei nagabywali Sławka, co też zamierza z tym fantem zrobić.(Sławka - bo tajemnicą poliszynela było, że Ewa nie protestowałaby przeciwko ewentualnym krokom formalnym, ale Sławek nie proponował). Zwłaszcza dziewczyny martwiły się ewentualnym przyszłym losem Ewy, gdyby - nie daj Bóg - coś się stało. Jako przestrogę przytaczano zazwyczaj historię Joli. Ona także zamieszkała ze swoim jedynym bez ślubu. Mieszkanie było własnością jego mamy i dopóki żyła i mieszkała z nimi, nie zgadzała się na żadne zmiany w papierach. Meblowali się jednak po swojemu, obydwoje zarabiali i wspólnie kupowali domowe sprzęty. Kiedy mama zmarła, postanowili zrobić porządek, wykupić mieszkanie jako wspólną własność. Zabierali się do tego powoli, mieli przecież tyle czasu....Niestety, jak się wkrótce okazało, nie aż tyle - któregoś ranka Jola zorientowała się, że jej mężczyzna już się nie obudzi...
Spółdzielnia mieszkaniowa dała jej nawet sporo czasu na opuszczenie mieszkania. Dalsi krewni nie byli aż tak "hojni" - kazali wynosić się natychmiast i nie ruszać niczego, bo przecież nic tu nie było jej!
Mimo tych przestróg Sławek był nieugięty - żenił się nie będzie! Kiedyś, w przypływie szczerości i w wielkim zaufaniu powiedział mi, że Ewa nie jest tą jedyną, którą rad by widzieć u swego boku. Do wymarzonego ideału jeszcze tego i owego jej brakuje, a może kiedyś taki ideał pojawi się na jego drodze, więc lepiej się nie wiązać...
No cóż, lata lecą, wymarzony ideał jakoś się nie pojawił, znajomi przywykli, a i czasy bardzo się zmieniły. Ewa i Sławek są ciągle razem. Ona poświęciła się całkowicie domowi, choć zamiast dzieci mieli tylko psa i kota - po prostu któregoś dnia zrezygnowała z pracy, z której nie była zadowolona i już nie szukała innej. On z kolei ucieka w pracę, gdzie bywa niezastąpiony do późnych godzin wieczornych, a nawet w dni wolne, czy w czasie urlopu. Kiedy są razem, kłócą się zażarcie o wszystko - czasem mam wrażenie, że to działa na zasadzie: jak jedno powie czarne, drugie natychmiast uzna, że białe. Nieważne, czy którekolwiek ma rację - bywają męczący nie tylko dla siebie nawzajem, ale i dla całego otoczenia.
Czasem tak sobie myślę, że gdyby się kiedyś pobrali, dawno już byliby po rozwodzie. A tak, tkwią przy sobie siłą - czy ja wiem - przyzwoitości? Jak widać, bez ślubu może wcale nie być łatwiej rozejść się w dwie różne strony!
Spółdzielnia mieszkaniowa dała jej nawet sporo czasu na opuszczenie mieszkania. Dalsi krewni nie byli aż tak "hojni" - kazali wynosić się natychmiast i nie ruszać niczego, bo przecież nic tu nie było jej!
Mimo tych przestróg Sławek był nieugięty - żenił się nie będzie! Kiedyś, w przypływie szczerości i w wielkim zaufaniu powiedział mi, że Ewa nie jest tą jedyną, którą rad by widzieć u swego boku. Do wymarzonego ideału jeszcze tego i owego jej brakuje, a może kiedyś taki ideał pojawi się na jego drodze, więc lepiej się nie wiązać...
No cóż, lata lecą, wymarzony ideał jakoś się nie pojawił, znajomi przywykli, a i czasy bardzo się zmieniły. Ewa i Sławek są ciągle razem. Ona poświęciła się całkowicie domowi, choć zamiast dzieci mieli tylko psa i kota - po prostu któregoś dnia zrezygnowała z pracy, z której nie była zadowolona i już nie szukała innej. On z kolei ucieka w pracę, gdzie bywa niezastąpiony do późnych godzin wieczornych, a nawet w dni wolne, czy w czasie urlopu. Kiedy są razem, kłócą się zażarcie o wszystko - czasem mam wrażenie, że to działa na zasadzie: jak jedno powie czarne, drugie natychmiast uzna, że białe. Nieważne, czy którekolwiek ma rację - bywają męczący nie tylko dla siebie nawzajem, ale i dla całego otoczenia.
Czasem tak sobie myślę, że gdyby się kiedyś pobrali, dawno już byliby po rozwodzie. A tak, tkwią przy sobie siłą - czy ja wiem - przyzwoitości? Jak widać, bez ślubu może wcale nie być łatwiej rozejść się w dwie różne strony!
środa, 13 lutego 2013
Ludzie bloga piszą...
A po co? Lub dlaczego? (bo to nie jest to samo) Takie pytanie zadała Azalia w celach naukowych, a ja już dawno chciałam o tym napisać. Pominę blogi osób bardzo młodych, bo to kategoria dość specyficzna. Z pozostałych na szczególne wyróżnienie zasługują blogi osób z pasją. Ktoś para się fotografią, ktoś robótkami, inny gotuje, pisze wiersze, robi biżuterię - i tym wszystkim dzielą się na swoich blogach. Podziwiam!
Inna kategoria to tzw. dziennikarstwo obywatelskie, które ja rozumiem bardzo szeroko - a więc wrzucam do tego worka wszystkich tych, którzy piszą na każdy temat, który w danym momencie ich poruszył. Obojętne, czy to będzie polityka, czy tzw. "samo życie" - to wszystko, co dzieje się wokół, czy sprawy światopoglądu. Można się z autorem zgadzać, lub nie, ale często przeczytać warto.
Bywają pamiętniki choroby - myślę, że ważne zwłaszcza dla piszących, jako swoista autoterapia.
Bywają dzienniki podróży - niektóre bardzo ciekawe, ale to wszystko zależy od piszącego.
Bywają wreszcie dzienniki - codzienniki, opisujące życie dzień po dniu, lub co parę dni. Niektóre prawdziwe perełki, opisujące codzienność z prawdziwym humorem i autoironią. Niektóre wspaniale przybliżają codzienność na obczyźnie, która zwykle laikom wydaje się taka różowa. Do niektórych wchodzi się jak do zaprzyjaźnionego domu, z ciekawością, co tam nowego się zdarzyło... Ale niektóre? - "Wstałem, ubrałem się, zrobiłem żonie kanapki do pracy, kiedy wyszła, wyciągnąłem odkurzacz"...I tak dzień po dniu, ciągle to samo. Czemu, lub komu ma to służyć? Jeśli pochwale tego, jakim to jest dobrym mężem, raz - no, góra trzy razy by wystarczyło.
Bywają posty pisane tak niezrozumiałym językiem, że przeczytać się ich w żaden sposób nie da. Te służą chyba tylko zaspokojeniu grafomańskich ciągot piszącego.
Są teksty - hasła, bez jakiegokolwiek rozwinięcia, np."bez wyjścia" albo "wizytowo" albo "niedobrze" - może jestem zbyt tępa, ale nie rozumiem, czemu lub komu to służy.
Nie bardzo rozumiem też osoby, które mają całkowicie wyłączoną opcję komentowania. Piszą ciekawie, ale chyba tak trochę "do szuflady", skoro nie godzą się na żaden kontakt z czytelnikiem?
Reasumując - tak jak wiele jest rodzajów blogów, tak wiele zapewne też powodów, dla których ludzie zaczynają je pisać.
A dlaczego ja zaczęłam?
Po pierwsze - z czystej, "socjologicznej" ciekawości, choć z socjologią nie mam nic wspólnego. Akurat ruszała z hukiem machina pod tytułem "Blog Roku" i byłam ciekawa, jak ta karuzela naprawdę się kręci. Czy można zdobyć czytelników ot tak, pozostając anonimową, nie dając linków znajomym? Ile czasu zabiera aktywność na forum? Jak wygląda kwestia reklam i zarabiania na blogu? Myślałam o przyszłości, o tym, czy może to być zajęcie na przyszłą emeryturę.
Dziś wiem, że niewielkie, zaprzyjaźnione grono czytelników można zdobyć nawet będąc wcześniej nikomu nieznaną. Ale o rekordach wejścia na blog można marzyć jedynie prowadząc blog na Onecie, skąd można trafić na pierwszą stronę; lub też poświęcając na to o wiele więcej czasu, niż mam go dzisiaj. Podobnie - zarabianie na blogu można między bajki włożyć, chyba że ktoś naprawdę intensywnie nad tym pracuje.
Drugi powód, dla którego zaczęłam pisać, to chęć wymiany poglądów. Nie wiem, czy zauważyliście, ale coś takiego jak sztuka dyskusji jest dziś w zaniku. Ze znajomymi rozmawia się grzecznie na neutralne tematy, byle tylko nikt się nie zdenerwował. A ja chciałabym się czasem pospierać! I tu się bardzo zawiodłam, bo choć czasem celowo wkładam kij w mrowisko, by sprowokować jakąś reakcję, nikt się nie wychyla.
Więc po co właściwie piszę tego bloga?
Inna kategoria to tzw. dziennikarstwo obywatelskie, które ja rozumiem bardzo szeroko - a więc wrzucam do tego worka wszystkich tych, którzy piszą na każdy temat, który w danym momencie ich poruszył. Obojętne, czy to będzie polityka, czy tzw. "samo życie" - to wszystko, co dzieje się wokół, czy sprawy światopoglądu. Można się z autorem zgadzać, lub nie, ale często przeczytać warto.
Bywają pamiętniki choroby - myślę, że ważne zwłaszcza dla piszących, jako swoista autoterapia.
Bywają dzienniki podróży - niektóre bardzo ciekawe, ale to wszystko zależy od piszącego.
Bywają wreszcie dzienniki - codzienniki, opisujące życie dzień po dniu, lub co parę dni. Niektóre prawdziwe perełki, opisujące codzienność z prawdziwym humorem i autoironią. Niektóre wspaniale przybliżają codzienność na obczyźnie, która zwykle laikom wydaje się taka różowa. Do niektórych wchodzi się jak do zaprzyjaźnionego domu, z ciekawością, co tam nowego się zdarzyło... Ale niektóre? - "Wstałem, ubrałem się, zrobiłem żonie kanapki do pracy, kiedy wyszła, wyciągnąłem odkurzacz"...I tak dzień po dniu, ciągle to samo. Czemu, lub komu ma to służyć? Jeśli pochwale tego, jakim to jest dobrym mężem, raz - no, góra trzy razy by wystarczyło.
Bywają posty pisane tak niezrozumiałym językiem, że przeczytać się ich w żaden sposób nie da. Te służą chyba tylko zaspokojeniu grafomańskich ciągot piszącego.
Są teksty - hasła, bez jakiegokolwiek rozwinięcia, np."bez wyjścia" albo "wizytowo" albo "niedobrze" - może jestem zbyt tępa, ale nie rozumiem, czemu lub komu to służy.
Nie bardzo rozumiem też osoby, które mają całkowicie wyłączoną opcję komentowania. Piszą ciekawie, ale chyba tak trochę "do szuflady", skoro nie godzą się na żaden kontakt z czytelnikiem?
Reasumując - tak jak wiele jest rodzajów blogów, tak wiele zapewne też powodów, dla których ludzie zaczynają je pisać.
A dlaczego ja zaczęłam?
Po pierwsze - z czystej, "socjologicznej" ciekawości, choć z socjologią nie mam nic wspólnego. Akurat ruszała z hukiem machina pod tytułem "Blog Roku" i byłam ciekawa, jak ta karuzela naprawdę się kręci. Czy można zdobyć czytelników ot tak, pozostając anonimową, nie dając linków znajomym? Ile czasu zabiera aktywność na forum? Jak wygląda kwestia reklam i zarabiania na blogu? Myślałam o przyszłości, o tym, czy może to być zajęcie na przyszłą emeryturę.
Dziś wiem, że niewielkie, zaprzyjaźnione grono czytelników można zdobyć nawet będąc wcześniej nikomu nieznaną. Ale o rekordach wejścia na blog można marzyć jedynie prowadząc blog na Onecie, skąd można trafić na pierwszą stronę; lub też poświęcając na to o wiele więcej czasu, niż mam go dzisiaj. Podobnie - zarabianie na blogu można między bajki włożyć, chyba że ktoś naprawdę intensywnie nad tym pracuje.
Drugi powód, dla którego zaczęłam pisać, to chęć wymiany poglądów. Nie wiem, czy zauważyliście, ale coś takiego jak sztuka dyskusji jest dziś w zaniku. Ze znajomymi rozmawia się grzecznie na neutralne tematy, byle tylko nikt się nie zdenerwował. A ja chciałabym się czasem pospierać! I tu się bardzo zawiodłam, bo choć czasem celowo wkładam kij w mrowisko, by sprowokować jakąś reakcję, nikt się nie wychyla.
Więc po co właściwie piszę tego bloga?
środa, 30 stycznia 2013
Krokowej nowa odsłona
I znów Bal Na Zamku! Jak co roku o tej porze, od lat już.....? Nie udało nam się doliczyć, ale wyszło, że może nawet już od ośmiu! Same bale, takie, na jakich bywamy, odbywają się już od lat trzynastu.
Niestety, w tym roku już nie było tak samo. Zabrakło naszego kucharza - showmana, dzięki któremu to miejsce było takie szczególne. 18 lat (pracy na zamku) to dosyć, trzeba było mu pozwolić na zmianę - przekonywały nas panie w recepcji. I to akurat jest prawda, nikt nie będzie dobrym pracownikiem na siłę. Pozostali pracownicy kuchni i jej nowa szefowa to jego wychowankowie, wszystko będzie równie dobre - mówili także. I to już prawdą niestety nie było.
Jedzenie było POPRAWNE. To wszystko, a jak na to miejsce, stanowczo za mało. Dekoracja talerzy także nie oszołomiła fajerwerkami. Nikt nie przywitał nas opowieścią, co będziemy jedli. A to ważne, wbrew pozorom, na całonocnej imprezie - wiedzieć, czego się można spodziewać i jak rozłożyć siły.
Mówią, że człowiek łatwo przyzwyczaja się do dobrego i potem nic mu już nie odpowiada. Ale to nie tak. Lokali, które karmią dobrze, jest już wiele. Siłą tego miejsca była nietuzinkowa kuchnia i równie nietuzinkowa osoba kucharza, który umiał stworzyć wokół jedzenia całe show, umiał wyjść do gości, porozmawiać z nimi, zrobić wspólne zdjęcie. Z tego między innymi powodu, a nie tylko dlatego, że to zamek i niecodzienna sceneria, wybierano to miejsce na wesela i inne uroczystości i imprezy.
Nie wiem, jaka była przyczyna tych zmian (bo zmienił się także dyrektor zamku i nawet nie wyszedł nas powitać, co poprzednia pani dyrektor zawsze czyniła). Nie chcę nawet spekulować, czy powodem były jakieś konflikty personalne, czy potrzeba oszczędności, czy jeszcze coś innego. Ale jeśli oszczędności, to mogą okazać się pozorne, bo ludzie przestaną w takiej ilości się pojawiać.
Czyżby duch Albrechta von Krokow przestał czuwać nad tym miejscem?
Niestety, w tym roku już nie było tak samo. Zabrakło naszego kucharza - showmana, dzięki któremu to miejsce było takie szczególne. 18 lat (pracy na zamku) to dosyć, trzeba było mu pozwolić na zmianę - przekonywały nas panie w recepcji. I to akurat jest prawda, nikt nie będzie dobrym pracownikiem na siłę. Pozostali pracownicy kuchni i jej nowa szefowa to jego wychowankowie, wszystko będzie równie dobre - mówili także. I to już prawdą niestety nie było.
Jedzenie było POPRAWNE. To wszystko, a jak na to miejsce, stanowczo za mało. Dekoracja talerzy także nie oszołomiła fajerwerkami. Nikt nie przywitał nas opowieścią, co będziemy jedli. A to ważne, wbrew pozorom, na całonocnej imprezie - wiedzieć, czego się można spodziewać i jak rozłożyć siły.
Mówią, że człowiek łatwo przyzwyczaja się do dobrego i potem nic mu już nie odpowiada. Ale to nie tak. Lokali, które karmią dobrze, jest już wiele. Siłą tego miejsca była nietuzinkowa kuchnia i równie nietuzinkowa osoba kucharza, który umiał stworzyć wokół jedzenia całe show, umiał wyjść do gości, porozmawiać z nimi, zrobić wspólne zdjęcie. Z tego między innymi powodu, a nie tylko dlatego, że to zamek i niecodzienna sceneria, wybierano to miejsce na wesela i inne uroczystości i imprezy.
Nie wiem, jaka była przyczyna tych zmian (bo zmienił się także dyrektor zamku i nawet nie wyszedł nas powitać, co poprzednia pani dyrektor zawsze czyniła). Nie chcę nawet spekulować, czy powodem były jakieś konflikty personalne, czy potrzeba oszczędności, czy jeszcze coś innego. Ale jeśli oszczędności, to mogą okazać się pozorne, bo ludzie przestaną w takiej ilości się pojawiać.
Czyżby duch Albrechta von Krokow przestał czuwać nad tym miejscem?
sobota, 26 stycznia 2013
Kartki z podróży
Ostatnio, z powodów rodzinnych, sporo przemieszczam się po Polsce. Rzadko tu (na blogu) bywam, ale za to pilnie obserwuję rzeczywistość wokół. A ta rzeczywistość nierzadko skrzeczy.
Tym, co nie od dziś mnie uderza, jest poziom agresji Polaków. Od dawna już mówi się o tym, że jesteśmy nacją ponurą, że na ulicy nie widać uśmiechu tylko przygnębienie i zacięte miny. I tzw. "ciężkie życie" tylko częściowo to tłumaczy. Teraz widzę także, że byle drobiazg potrafi wywołać niczym nieuzaadniony atak furii. Przykład - pierwszy z brzegu, ale takich jest wiele. Jadę autobusem znanej i popularnej ostatnio w Polsce firmy. Po drodze przewidziany jest 15- minutowy postój. Tyle, żeby starczyło na toaletę, czy wypalenie papierosa. Oczywiście po tych 15 minutach okazuje się, że brakuje trzech osób. Czekamy na nie kolejnych 10 minut, a kiedy wracają (postanowiły jeszcze coś zjeść), nie poczuwają się nawet do słowa przepraszam. Złość kierowców uzasadniona, podzielają ją współpasażerowie, ale wyzwiska, jakimi owi kierowcy przywitali spóźnialskich, zaskakują. Pomijając kulturę osobistą, chyba nie godzi się, żeby przedstawiciel firmy wrzeszczał na klienta "ty zdziro, szmato, k..." Przypominają mi się w tym momencie południowcy, choćby Włosi, którzy też dużo krzyczą, wymachują rękami, ale jest to cały teatr, przedstawienie z przymrużeniem oka dla widzów, a u nas jest to autentyczna agresja i wściekłość, często łącznie z szarpaniem się za klapy.
Z innej beczki. Podczas podróży korzystałam w Warszawie także z metra. Zdarzało mi się już jeździć metrem za granicą, nie jest więc to dla mnie straszny smok, który pożera pasażerów i nie wiadomo, czy wypluje. Mam też niejakie porównanie, jak to może wyglądać. Niby nie jest źle, ale....
Podchodzę to najbliższego zejścia i co widzę? Zwykłe schody, żadnego zjazdu dla wózków, żadnych schodów ruchomych. Mam lekką walizkę, zejdę, ale jak radzą sobie inni? Już na peronie okazało się, że były schody ruchome z przeciwnej strony, ale ja nie znam Warszawy, nie wiem, czy jest jakieś inne zejście. Jeśli nawet było jakieś oznaczenie, to ja tej informacji nie widziałam, a patrzyłam. Może jestem zbyt tępa? Nie mówiąc o tym, że schody, którymi schodziłam, były tak szerokie, że i tam można było zrobić choćby zjazd dla wózków i walizek na kółkach. Ale cóż krytykować metro, skoro mój rodzimy dworzec po generalnym remoncie (prawie 2 lata był zamknięty!) nie dorobił się żadnych ułatwień dla osób z wózkami i na wózkach! Podobno jest jakaś winda towarowa na peron trzeci, ale stamtąd trzeba przejechać na sąsiednie perony zjazdem po torach. W nowoczesnym, 250-tysięcznym mieście, mieniącym się miastem bez barier! No i trzeba też o tej windzie wiedzieć, bo informacji też ze świecą szukać. Ale to tylko świadczy o tym, że myślenie nie jest mocną stroną ani projektantów, ani decydentów.
Druga sprawa, to ta walizka właśnie. Choć lekka, była na tyle duża, że klinowała się w kołowrotku przejścia. A gdzie osobne przejście dla osób z dużym bagażem? Nie każdy jest na tyle lekki, by dało się go unieść nad głowę!
Kolejny problem - automaty biletowe. Bardzo ładnie, krok po kroku, instruują, jak kupić bilet. Ale jaki? Skąd ktoś, nie będący warszawiakiem, ma wiedzieć, czy od stacji A do B, wystarczy mu bilet 20-minutowy? A może potrzebuje dłuższy, albo po prostu jednorazowy? Takiej informacji też nigdzie nie znalazłam. I jeśli nawet odezwie się ktoś oburzony, że wszystkie te informacje i oznaczenia są, trzeba tylko umieć patrzeć, odpowiem - w takim razie są one zbyt mało widoczne, lub mało czytelne.
I to tyle na razie spostrzeżeń z podróży. Pojawię się już wkrótce!
Tym, co nie od dziś mnie uderza, jest poziom agresji Polaków. Od dawna już mówi się o tym, że jesteśmy nacją ponurą, że na ulicy nie widać uśmiechu tylko przygnębienie i zacięte miny. I tzw. "ciężkie życie" tylko częściowo to tłumaczy. Teraz widzę także, że byle drobiazg potrafi wywołać niczym nieuzaadniony atak furii. Przykład - pierwszy z brzegu, ale takich jest wiele. Jadę autobusem znanej i popularnej ostatnio w Polsce firmy. Po drodze przewidziany jest 15- minutowy postój. Tyle, żeby starczyło na toaletę, czy wypalenie papierosa. Oczywiście po tych 15 minutach okazuje się, że brakuje trzech osób. Czekamy na nie kolejnych 10 minut, a kiedy wracają (postanowiły jeszcze coś zjeść), nie poczuwają się nawet do słowa przepraszam. Złość kierowców uzasadniona, podzielają ją współpasażerowie, ale wyzwiska, jakimi owi kierowcy przywitali spóźnialskich, zaskakują. Pomijając kulturę osobistą, chyba nie godzi się, żeby przedstawiciel firmy wrzeszczał na klienta "ty zdziro, szmato, k..." Przypominają mi się w tym momencie południowcy, choćby Włosi, którzy też dużo krzyczą, wymachują rękami, ale jest to cały teatr, przedstawienie z przymrużeniem oka dla widzów, a u nas jest to autentyczna agresja i wściekłość, często łącznie z szarpaniem się za klapy.
Z innej beczki. Podczas podróży korzystałam w Warszawie także z metra. Zdarzało mi się już jeździć metrem za granicą, nie jest więc to dla mnie straszny smok, który pożera pasażerów i nie wiadomo, czy wypluje. Mam też niejakie porównanie, jak to może wyglądać. Niby nie jest źle, ale....
Podchodzę to najbliższego zejścia i co widzę? Zwykłe schody, żadnego zjazdu dla wózków, żadnych schodów ruchomych. Mam lekką walizkę, zejdę, ale jak radzą sobie inni? Już na peronie okazało się, że były schody ruchome z przeciwnej strony, ale ja nie znam Warszawy, nie wiem, czy jest jakieś inne zejście. Jeśli nawet było jakieś oznaczenie, to ja tej informacji nie widziałam, a patrzyłam. Może jestem zbyt tępa? Nie mówiąc o tym, że schody, którymi schodziłam, były tak szerokie, że i tam można było zrobić choćby zjazd dla wózków i walizek na kółkach. Ale cóż krytykować metro, skoro mój rodzimy dworzec po generalnym remoncie (prawie 2 lata był zamknięty!) nie dorobił się żadnych ułatwień dla osób z wózkami i na wózkach! Podobno jest jakaś winda towarowa na peron trzeci, ale stamtąd trzeba przejechać na sąsiednie perony zjazdem po torach. W nowoczesnym, 250-tysięcznym mieście, mieniącym się miastem bez barier! No i trzeba też o tej windzie wiedzieć, bo informacji też ze świecą szukać. Ale to tylko świadczy o tym, że myślenie nie jest mocną stroną ani projektantów, ani decydentów.
Druga sprawa, to ta walizka właśnie. Choć lekka, była na tyle duża, że klinowała się w kołowrotku przejścia. A gdzie osobne przejście dla osób z dużym bagażem? Nie każdy jest na tyle lekki, by dało się go unieść nad głowę!
Kolejny problem - automaty biletowe. Bardzo ładnie, krok po kroku, instruują, jak kupić bilet. Ale jaki? Skąd ktoś, nie będący warszawiakiem, ma wiedzieć, czy od stacji A do B, wystarczy mu bilet 20-minutowy? A może potrzebuje dłuższy, albo po prostu jednorazowy? Takiej informacji też nigdzie nie znalazłam. I jeśli nawet odezwie się ktoś oburzony, że wszystkie te informacje i oznaczenia są, trzeba tylko umieć patrzeć, odpowiem - w takim razie są one zbyt mało widoczne, lub mało czytelne.
I to tyle na razie spostrzeżeń z podróży. Pojawię się już wkrótce!
piątek, 11 stycznia 2013
Panie Owsiak, graj Pan!
Świata, który opisałam w poprzednim poście, już nie ma.
Dawniej życie toczyło się powoli, niezmiennie przez pokolenia, stąd łatwiej było mieszkać razem we względnej zgodzie i zrozumieniu. Dziś czas tak bardzo przyspieszył, że młode pokolenie chciałoby żyć zupełnie inaczej. Nie wątpię, że najlepsze, co może ich spotkać na starcie, to samodzielne mieszkanie, w którym będą mogli wzajemnie się docierać i sprawdzać w życiu, bez "cennych" rad i pouczeń, bez wtrącania się starszych we wszystko. Ale to nie wyklucza wzajemnego wspierania się, gotowości do pomocy, pielęgnowania więzi rodzinnych.
Jak wiadomo, w życiu jednak bywa różnie. Pomijając wszelkie patologie, są przecież osoby bez rodziny, lub też mające tę rodzinę zbyt daleko. Co wtedy? Na kogo może liczyć starszy, schorowany człowiek?
Przeczytałam kiedyś opinię jakiegoś ultrakonserwatysty, że wszelkie "socjale" są błędem. Dopóki nie było kas chorych, rent, emerytur itp. każdy pracujący dostawał godziwą zapłatę, za którą sam mógł zadbać o siebie i swoich bliskich, w tym seniorów, którzy byli najlepiej "zaopiekowani" przy rodzinie. To oczywiście totalna bzdura, ale można by odwrócić sytuację i powiedzieć, że skoro państwo zdziera z każdego pracującego taki haracz - podobno na nasze potrzeby - to mamy prawo przyzwoitego zaspokojenia tych potrzeb się domagać.
W moim mieście pozornie jest różowo. Kwitnie Uniwersytet III Wieku, są różnego rodzaju kursy językowe czy komputerowe, zajęcia gimnastyczne dla seniorów, są różne mniejsze inicjatywy klubów osiedlowych. O tym, jak bardzo są potrzebne, świadczą kolejki w dniach zapisów i brak wolnych miejsc.
Są różnego rodzaju miejsca dziennego pobytu i aktywizacji dla osób z różnymi zaburzeniami pamięci i problemami w codziennym funkcjonowaniu. Są wreszcie Domy Opieki, zarówno dla zdrowych seniorów, jak i obłożnie chorych - i oczywiście tego wszystkiego jest ciągle za mało.
Dwa z tych domów znam dość dobrze z racji swojej pracy i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że są wzorcowe. Oba nowe, a co za tym idzie - czyste, wygodne, dobrze wyposażone. Personel fachowy i oddany. Oprócz codziennej opieki pielęgniarskiej seniorzy mogą liczyć na dodatkowe atrakcje - wycieczki, wieczorki taneczne itp. Są to domy prowadzone i finansowane przez miasto i trzeba przyznać, że wywiązuje się ono nieźle ze swych obowiązków. Wiem, że nie wszędzie jest tak dobrze, zwłaszcza tam, gdzie zysk jest na pierwszym planie.
Przykro to mówić, ale najsłabszym ogniwem w opiece nad seniorem jest służba zdrowia i jej wszechwładne procedury.Zbyt często wysłuchuję żalów starszych ludzi na kłopoty z dostaniem się do lekarza, na aroganckie i opryskliwe traktowanie. A przecież seniorzy często nie mają takiej siły przebicia jak młodzi. Zamówienie wizyty domowej graniczy z cudem, nawet do osoby obłożnie chorej, od wielu lat leżącej. Proszę chorego przywieźć - słyszy najczęściej rodzina, gdy nie ma bezpośredniego zagrożenia życia. A gdy takie zagrożenie się pojawi, z racji długotrwałego wcześniejszego dobijania się do przychodni, może usłyszeć - nie będę w ogóle rozmawiać z kimś, kto tak długo czekał! Podobny problem pojawił się we wspomnianych DPS-ach. Do niedawna bywał u nich lekarz z pobliskiego ośrodka, dziś muszą przywieźć pensjonariuszy do przychodni. Czy ktoś się nad tym zastanowił? Chyba będą ich wozić busem, bo przecież tam codziennie jest wiele osób wymagających kontaktu z lekarzem. Jestem zdania, że od pewnego wieku, czy może bardziej stopnia samodzielności, wizyty lekarza w domu powinny być standardem, niezależnie od stanu zdrowia.
Wspomniana wcześniej Aneta, kiedy zorientowała się, że z ojcem zaczyna się dziać coś złego, próbowała zarejestrować go w Poradni Zdrowia Pychicznego. Usłyszała, że chory powinien zwrócić się o pomoc sam. Tyle, że pan Jan nie ma świadomości swojej choroby, a z córką nie pójdzie, bo uważa ją za obcą osobę. Absurd rodzi absurd - Aneta w przychodni zarejestrowała siebie, by porozmawiać o swoich problemach z ojcem. Pomoc w końcu uzyskała, nawet dzięki specjalnemu programowi z Urzędu Miasta pani doktor mogła zdiagnozować pana Jana w domu. Ale gdyby nie jej upór, nawet by się o tej możliwości nie dowiedziała.
A jak bardzo potrzebują pomocy te rodziny, które zajmują się obłożnie chorymi, leżącymi w domu? Albo z demencją starczą, czy Alzheimerem? Kiedy problemem może być każde wyjście z domu, nawet do najbliższego sklepu, czy apteki? Kiedy osoba opiekująca się często sama jest starsza i chora - np. 70-letnia córka opiekuje się 90-letnią matką...
Panie Owsiak, graj Pan! Jeszcze nie zebrałeś pieniędzy, a już uświadomiłeś nam tak wiele!
wtorek, 8 stycznia 2013
To nie jest kraj dla starych ludzi....
A może raczej to nie są czasy dla starych ludzi?
Kiedy dziadek Józef oddawał gospodarkę swojemu synowi, był już starszym człowiekiem. Wtedy "młode pokolenie" było już mocno dojrzałe, zanim doczekało się samodzielnego gospodarowania, nikt tak szybko i łatwo nie pozbywał się swego. Syn z synową, mieszkający razem, bo przecież razem z gospodarką mieli dostać także dom, zdążyli naprodukować niezłą gromadkę dzieciaków. Było ciasno, ale nikt nawet nie pomyślał, żeby pozbawić dziadka należnego miejsca przy piecu. A dziadek, póki mógł, chodził dalej z nimi na pole, służył radą. Potem, kiedy już sił nie starczało, chodził pasać krowę. Oburzali się, to nie dla niego zajęcie, nikt mu przecież strawy nie wymawia. Ale on bardzo chciał być pożyteczny. A pasanie krowy tam, w biednej Galicji, było naprawdę trudnym zajęciem. Na malutkich poletkach, poszatkowanych przez wcześniejsze działy i dziedziczenia, nie było miejsca na zbytek - prawdziwą łąkę. Krowy pasało się na wąskich miedzach, przy drogach, na skraju lasu. Nie dało się tak po prostu zwierzęcia gdzieś uwiązać. Trzeba było mocno trzymać postronek, żeby głodna krowa nie poszła w szkodę. Nie raz i nie dwa silniejsze zwierzę pociągnęło słabszego człowieka za sobą. Kiedy więc na to też był za słaby, po prostu siedział w domu - może przypilnował pieca, może młodszych dzieci, kiedy starsi szli w pole. Był trybikiem w wielopokoleniowej rodzinie, gdzie każdy miał jakieś swoje miejsce, jakąś rolę do odegrania. To było naturalne, tak oczywiste jak oddychanie. Miał silne geny, dożył 90-tki mimo wyciętego z powodu raka żołądka. Opieki rodziny nigdy mu nie brakowało.
Dziadek Mieczysław także miał dobrą starość. Choć własnej rodziny nie założył, znalazł swoje miejsce w domu babci Anieli i dziadka Leona. Był u nich czeladnikiem, kiedy prowadzili własny warsztat, potem, kiedy przeszli na rentę, został z nimi, oddając im pieniądze w zamian za wikt i opierunek. Ale był także traktowany jak członek rodziny. To on odprowadzał ich małą wnuczkę do szkoły, czytał jej książeczki, pilnował, gdy bawiła się w ogródku. To u niego na kolanach Alusia ma pierwsze zdjęcia, nie na kolanach babci, czy dziadka....
Aneta ma piękny dom, w którym mieszka tylko z mężem, bo dzieci już poszły na swoje, i olbrzymi ogród. Ma też ojca, zdradzającego początki choroby Alzheimera. Pan Jan fizycznie jest w bardzo dobrej kondycji, daje też sobie jeszcze radę w codziennym życiu, choć miałabym wątpliwości , czy do końca. Nie zawsze wiadomo, czy zażył leki, które wydziela mu córka, czy może je wyrzucił, lub schował. Potrafi wyjąć pieniądze z konta i nie wiedzieć, co z nimi zrobił. Podpisać jakieś nowe, niepotrzebne umowy z kablówką. Wpuścić kogoś obcego do domu. Nie poznaje znajomych, ani rodziny - czy na pewno zawsze trafi do domu?
Córka jeździ do niego codziennie, przywozi obiady, płaci rachunki, ale zapowiedziała, że ojca do siebie nie weźmie. Jej szwagierka lekarka dodała - na mnie nie liczcie, ja mam swoje problemy. Co będzie dalej, kiedy pan Jan nie będzie już mógł zostać sam? Jakiś dom opieki? O miejsca w nich wcale nie łatwo, trzeba odczekać swoje, zapisać się wcześniej. Starają się o tym nie myśleć, łudząc się, że problem się sam rozwiąże.
Nie oceniam ich, widać mają swoje powody, by się tak odciąć. Być może kiedyś nie dostali od ojca dość miłości? Nie twierdzę, że w życiu zawsze musi być coś za coś, ale czy nie za często bywamy egoistami, mówiąc - mam swoje życie, nie zajmę się wnukami, nie pomogę, bo chcę jeszcze pożyć, nacieszyć się wolnym czasem. Odsuwając się, sami budujemy mur, który może okazać się później nie do skruszenia.
Wiem, czas powrotu do rodzin wielopokoleniowych już minął, ale coraz bardziej osłabiamy więzi rodzinne, aż obudzimy się w świecie, gdzie jak na Zachodzie, dziecko wychodzi z domu nastolatkiem i już do niego nie wraca, nawet z wizytą, a starzy ludzie muszą sobie radzić sami.
Jurek Owsiak swoją wypowiedzią o starości wywołał burzę. Wywołałby ją czymkolwiek, bo ludzie nie mogą znieść, że mu się udaje. Ale zeskrobał zaledwie czubek wielkiej góry lodowej. Poza eutanazją, o której rzeczywiście trzeba dyskutować, podobnie jak o aborcji - ale to tematy rzeki, nie na jeden post - jest też temat opieki nad chorymi i leczenia osób starszych, ale i zwyczajnego podejścia do starości na codzień
.Ja także dotknęłam zaledwie czubka góry lodowej...
obraz ze strony https://www.google.pl/search?q=babcia+i+dziadek+obrazki&hl=pl&tbo=d&rlz=1W1TSEG_plPL348PL348&biw=1366&bih=542&tbm=isch&tbs=simg:CAESEgl-G7z5rMMsfCFQplM3Q6_1x8w&dur=5939
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Gdzie się podział czas?
Nie tak znowu dawno temu, jak przypomniała Klarka, pranie w pralce Frania zajmowało prawie cały dzień. Nawet wtedy, kiedy wody nie trzeba było nosić ze studni i grzać na piecu, tylko wlewało się ciepłą bezpośrednio z kranu. Po prostu do takiej pralki wkładało się niewielkie porcje "brudów", żeby wirnik mógł ruszyć. Trzeba było nad takim praniem stać, bo to ciągle włącz- wyłącz, wyjmij - załaduj, wypłucz - wykręć. A to jeszcze nie wszystko. Pościel się najczęściej gotowało, krochmaliło, po wyschnięciu trzeba było wyciągnąć do magla. Krochmaliło się firanki. Gotowało codziennie pieluszki niemowlęce i kaftaniki i prasowało gorącym żelazkiem. Prasowało się chusteczki do nosa, a byli tacy, co prasowali ręczniki i majtki ( o prasowaniu skarpetek słyszałam tylko w żartach). Pastowało się podłogi. Niemowlętom przygotowywało się własnoręcznie przecierane zupki, pulpeciki itp. - o Bobo fruitach czy innych Gerberach nikt nie słyszał. (O gotowaniu codziennie trzydaniowego obiadu dla całej rodziny nawet nie wspomnę, bo to przecież pikuś). Szyło się dzieciom ubranka (a i sobie także), robiło na drutach i na szydełku, bo w sklepach rzadko można było coś dostać. Ale też dzięki temu Polki uchodziły za jedne z najlepiej ubranych.
Osobną rozrywkę, zdolną zagospodarować znaczną ilość czasu, stanowiły zakupy. Polowanie na to co tym razem rzucą, zwykłe wielogodzinne stanie w kolejce i tzw. komitety kolejkowe z zapisami, listami obecności i nocnymi dyżurami... Wiele mieliśmy sposobów, by wypełnić sobie czas, którego ciągle było w nadmiarze. Starczało go także i dla dziecka i rodziny, i na sąsiedzkie pogaduszki, i na bujniejsze chyba niż dziś życie towarzyskie.
Dzisiaj większość czynności wykonują za nas maszyny, przy których stać nie trzeba. Z wielu po prostu zrezygnowaliśmy sami. W sklepach można dostać wszystko gotowe, nie trzeba się wysilać. A tego czasu wszystkim dookoła ciągle brakuje.
Gdzie jest czas, co się z nim stało?
ilustracja ze strony http://pl.123rf.com/stock-photo/biegn%C4%85cy.html
wtorek, 20 listopada 2012
Kto daje i odbiera....
....ten się w piekle poniewiera! Wiedziały to już dawno dzieci na podwórkach, ale nasz rząd wyraźnie nie wierzy w piekło. Odbiera bowiem bez skrupułów z dnia na dzień, bez uprzedzenia.
Ostatnio odebrał część środków, przekazywanych szpitalom na tzw. rezydentury - prowadzenie miejsc specjalizacyjnych. Różnicę tę miałyby szpitale pokrywać we własnym zakresie, a że często same są zadłużone, mogą się na to nie zdecydować i wypowiedzieć umowy. Rezydentom grozi, że nie będą mogli dokończyć specjalizacji, a dla nowych absolwentów może zabraknąć miejsc. A bez specjalizacji nie ma dla nich przyszłości w zawodzie. Kolejna grupa młodych wyjedzie za granicę, tam szukać swojej szansy, a my zostaniemy bez lekarzy.
No, ale w sumie to bardzo racjonalna decyzja. Przecież skoro brakuje nam pieniędzy na leczenie, to po co nam lekarze? I tak coraz więcej leków, dostępnych do tej pory na receptę, jest uwalniana do wolnej sprzedaży. Każdy kupi sobie to, co będzie chciał, wcześniej zasięgnąwszy porady w internecie od innego chorego i wszyscy będą zadowoleni! Właściwie można by pójść jeszcze dalej - zlikwidujmy w ogóle uniwersytety medyczne, po co państwo ma opłacać naukę kogoś, kto nie będzie miał pracy, lub, co gorsza, wyjedzie gdzieś leczyć cudzoziemców?
Czym jednak wytłumaczyć ostatnią decyzję jednego z oddziałów NFZ o zerwaniu kontraktu z prywatnym szpitalem położniczym w C? Na pewno nie oszczędnościami, bo w przeciwieństwie do operacji choćby zaćmy, wszczepienia endoprotezy, żylaków itp. - które można odłożyć, przesunąć na przyszły rok - porodu przesunąć się nie da. Czy ktoś tego chce, czy nie - dziecko urodzi się, kiedy przyjdzie jego pora, zwykle po 9 miesiącach. A NFZ musi za to zapłacić, obojętnie czy szpitalowi prywatnemu, czy państwowemu, tę samą stawkę, 1,5 tys. zł. Gdzie więc jest pies pogrzebany? Wiadomo, każda kobieta chce rodzić po ludzku, a dziś nie gwarantuje tego nawet część szpitali "z bocianem". Mając więc do wyboru państwowy szpital, gdzie może być różnie i prywatną klinikę, znaną z przyjaznego traktowania matki i noworodka, gdzie w dodatku sam poród też jest bezpłatny, bo finansowany przez NFZ, a płaci się co najwyżej za dodatkowe "ekstrasy", wiele z nich wybierało klinikę... 1,5 tys.x200 porodów to strata 300 tys. zł. dla państwowego szpitala...
Nie można do tego dopuścić! I tak z dnia na dzień prywatna klinika położnicza w C. straciła kontrakt. Na lodzie zostały też pacjentki, objęte już opieką przedporodową...
Na pewno znacie jeszcze niejeden taki przykład z własnego ogródka!
Ostatnio odebrał część środków, przekazywanych szpitalom na tzw. rezydentury - prowadzenie miejsc specjalizacyjnych. Różnicę tę miałyby szpitale pokrywać we własnym zakresie, a że często same są zadłużone, mogą się na to nie zdecydować i wypowiedzieć umowy. Rezydentom grozi, że nie będą mogli dokończyć specjalizacji, a dla nowych absolwentów może zabraknąć miejsc. A bez specjalizacji nie ma dla nich przyszłości w zawodzie. Kolejna grupa młodych wyjedzie za granicę, tam szukać swojej szansy, a my zostaniemy bez lekarzy.
No, ale w sumie to bardzo racjonalna decyzja. Przecież skoro brakuje nam pieniędzy na leczenie, to po co nam lekarze? I tak coraz więcej leków, dostępnych do tej pory na receptę, jest uwalniana do wolnej sprzedaży. Każdy kupi sobie to, co będzie chciał, wcześniej zasięgnąwszy porady w internecie od innego chorego i wszyscy będą zadowoleni! Właściwie można by pójść jeszcze dalej - zlikwidujmy w ogóle uniwersytety medyczne, po co państwo ma opłacać naukę kogoś, kto nie będzie miał pracy, lub, co gorsza, wyjedzie gdzieś leczyć cudzoziemców?
Czym jednak wytłumaczyć ostatnią decyzję jednego z oddziałów NFZ o zerwaniu kontraktu z prywatnym szpitalem położniczym w C? Na pewno nie oszczędnościami, bo w przeciwieństwie do operacji choćby zaćmy, wszczepienia endoprotezy, żylaków itp. - które można odłożyć, przesunąć na przyszły rok - porodu przesunąć się nie da. Czy ktoś tego chce, czy nie - dziecko urodzi się, kiedy przyjdzie jego pora, zwykle po 9 miesiącach. A NFZ musi za to zapłacić, obojętnie czy szpitalowi prywatnemu, czy państwowemu, tę samą stawkę, 1,5 tys. zł. Gdzie więc jest pies pogrzebany? Wiadomo, każda kobieta chce rodzić po ludzku, a dziś nie gwarantuje tego nawet część szpitali "z bocianem". Mając więc do wyboru państwowy szpital, gdzie może być różnie i prywatną klinikę, znaną z przyjaznego traktowania matki i noworodka, gdzie w dodatku sam poród też jest bezpłatny, bo finansowany przez NFZ, a płaci się co najwyżej za dodatkowe "ekstrasy", wiele z nich wybierało klinikę... 1,5 tys.x200 porodów to strata 300 tys. zł. dla państwowego szpitala...
Nie można do tego dopuścić! I tak z dnia na dzień prywatna klinika położnicza w C. straciła kontrakt. Na lodzie zostały też pacjentki, objęte już opieką przedporodową...
Na pewno znacie jeszcze niejeden taki przykład z własnego ogródka!
czwartek, 1 listopada 2012
Cukierek albo psikus
"Cukierek albo psikus" - nie bardzo chce mi się wierzyć, by ta dziecinna zabawa miała moc przywoływania Złego. Nie tak dawno od czci i wiary odsądzano Harrego Pottera, zabraniano go w szkołach katolickich, jako pierwszy stopień do okultyzmu, a jakoś od tamtej pory nie słyszałam o fali opętań wśród młodzieży. Dziś w bój przeciwko poczciwej dyni ruszają nawet niektórzy biskupi. Przestrzega się przed złymi mocami, które czają się za rogiem, gotowe na nasze wezwanie, a tym wezwaniem ma być hasło "cukierek albo psikus". Do tego nie znają się na żartach, te siły nieczyste. Gdyby tych argumentów było nam za mało, wytacza się kolejną armatę - Halloween to święto o rodowodzie celtyckim. A czym jest nasze Wszystkich Świętych? Przecież to słowiańskie, poczciwe Dziady. Większość świąt w kościele katolickim ma swój pogański rodowód i jest obchodzona w takim okresie, by przyćmić, a potem zastąpić tamte. Ot, choćby św. Jana Chrzciciela obchodzimy 24 czerwca nie dlatego, że wtedy było jakieś związane z nim wydarzenie, ale dlatego że wcześniej było to święto Kupały. Takich "dostosowań" było więcej...
Nie twierdzę, że musimy na siłę przeszczepiać obce zwyczaje na rodzimy grunt. Najlepszy przykład, że nie zawsze ma to sens, ma ciągle niewielka popularność Walentynek. Ale jeśli jakieś dzieciaki mają frajdę z biegania z dynią, nie rwijmy włosów z głowy!zdjęcie ze strony mojblogasekzporadami.blog.onet.pl
niedziela, 28 października 2012
Penelopo, na co czekasz?
Każdy chyba, choć w ogólnych zarysach, zna historię Odyseusza i Penelopy. O tym, jak ona czekała i czekała, a on wracał spod tej Troi i wracał, a po drodze błąkał się tu i tam i zaliczał różne przygody, to znaczy panienki (żeby było ładniej, nazywali je nimfami i syrenami). Słyszałam kiedyś wywód Naczelnego Seksuologa naszego kraju o tym, jaka ta Penelopa była mądra, że tolerowała tych wszystkich zalotników, którzy się wokół niej kręcili (że niby pilnowali się nawzajem, a ona dzięki temu była poza wszelkim podejrzeniem). I że ten Odys to musiał być niczego chłop, skoro warto było tyle na niego czekać.
No nie wiem. Nie wiem, czy jakiekolwiek męskie zalety mogłyby usprawiedliwić tak długie czekanie. Mądra Penelopa posłałaby go w diabły, a zalotników rozgoniła na cztery wiatry. No, ewentualnie wybrałaby sobie jednego na pociechę. No dobra, wiem, że wtedy były inne czasy, wypadało czekać (na rycerzy wracających z wypraw krzyżowych także), a wybranie jednego zalotnika skutkowałoby tym, że wszyscy by się pozabijali, Penelopę zresztą też. Ale dziś?
Anka jak Penelopa także czeka na swego Odyseusza. Odyseusz jest ciągle w rozjazdach, musi zdobywać nowe zlecenia, dopinać kontrakty - cóż robić, taka praca. Nigdy nie można być pewnym gdzie i na jak długo wyląduje. Dziś jedzie do Warszawy, jutro być może zadzwoni z Poznania, Katowic, a może nawet z zagranicy, bo tak mu akurat było po drodze.
Ale nie samą pracą żyje człowiek. Odyseusz dzwoni i radośnie opowiada, że właśnie byli na tropikalnej wyspie pod Berlinem, bo skoro przejeżdżali tamtędy, szkoda było nie skorzystać. Albo, że siedzą z klientem w knajpce gdzieś na Bałkanach, jest ciepły wieczór (późną jesienią!) i dobre wino. Chyba Anka się cieszy, że on tak przyjemnie spędza czas?
Anka wieczory spędza samotnie. Dzieci już odchowane, poszły w świat. Z przyjaciółmi się nie umawia, bo oni zawsze chodzą sparowani, a ona sama, piąte koło u wozu. Z pracy wraca prosto do domu, bo pies, trzeba go wyprowadzić. Potem już nigdzie się nie wybiera, zanim by gdzieś dojechała autobusem, zrobiłoby się późno. Włącza telewizor, chociaż rzadko go ogląda, ale przynajmniej coś gada i nie jest tak cicho. Najczęściej czyta, albo godzinami gra w Zumę na komputerze. Czeka na swojego Odyseusza. Może tym razem przyjedzie na sobotę i niedzielę, a wtedy....
No właśnie, co wtedy? Znowu będzie radośnie opowiadał, jak to wspaniale bawił się gdzieś w świecie. Anki to nie cieszy?...A gdy już go trochę zmęczy to opowiadanie, włączy telewizor i zaraz przy nim zaśnie. Jest przecież bardzo zmęczony, tyle kilometrów zrobił! A w poniedziałek pewnie znowu będzie trzeba gdzieś ruszyć. Torba na wszelki wypadek stale spakowana, czeka.
A na co ty czekasz, Penelopo?
No nie wiem. Nie wiem, czy jakiekolwiek męskie zalety mogłyby usprawiedliwić tak długie czekanie. Mądra Penelopa posłałaby go w diabły, a zalotników rozgoniła na cztery wiatry. No, ewentualnie wybrałaby sobie jednego na pociechę. No dobra, wiem, że wtedy były inne czasy, wypadało czekać (na rycerzy wracających z wypraw krzyżowych także), a wybranie jednego zalotnika skutkowałoby tym, że wszyscy by się pozabijali, Penelopę zresztą też. Ale dziś?
Anka jak Penelopa także czeka na swego Odyseusza. Odyseusz jest ciągle w rozjazdach, musi zdobywać nowe zlecenia, dopinać kontrakty - cóż robić, taka praca. Nigdy nie można być pewnym gdzie i na jak długo wyląduje. Dziś jedzie do Warszawy, jutro być może zadzwoni z Poznania, Katowic, a może nawet z zagranicy, bo tak mu akurat było po drodze.
Ale nie samą pracą żyje człowiek. Odyseusz dzwoni i radośnie opowiada, że właśnie byli na tropikalnej wyspie pod Berlinem, bo skoro przejeżdżali tamtędy, szkoda było nie skorzystać. Albo, że siedzą z klientem w knajpce gdzieś na Bałkanach, jest ciepły wieczór (późną jesienią!) i dobre wino. Chyba Anka się cieszy, że on tak przyjemnie spędza czas?
Anka wieczory spędza samotnie. Dzieci już odchowane, poszły w świat. Z przyjaciółmi się nie umawia, bo oni zawsze chodzą sparowani, a ona sama, piąte koło u wozu. Z pracy wraca prosto do domu, bo pies, trzeba go wyprowadzić. Potem już nigdzie się nie wybiera, zanim by gdzieś dojechała autobusem, zrobiłoby się późno. Włącza telewizor, chociaż rzadko go ogląda, ale przynajmniej coś gada i nie jest tak cicho. Najczęściej czyta, albo godzinami gra w Zumę na komputerze. Czeka na swojego Odyseusza. Może tym razem przyjedzie na sobotę i niedzielę, a wtedy....
No właśnie, co wtedy? Znowu będzie radośnie opowiadał, jak to wspaniale bawił się gdzieś w świecie. Anki to nie cieszy?...A gdy już go trochę zmęczy to opowiadanie, włączy telewizor i zaraz przy nim zaśnie. Jest przecież bardzo zmęczony, tyle kilometrów zrobił! A w poniedziałek pewnie znowu będzie trzeba gdzieś ruszyć. Torba na wszelki wypadek stale spakowana, czeka.
A na co ty czekasz, Penelopo?
czwartek, 25 października 2012
Ciekawość - pierwszy stopień do piekła
Od dawna już jestem w głębokim dole, żeby nie powiedzieć brutalniej - w czarnej d...zupie. Dlatego też nie tylko nie zajmuję się swoim blogiem, ale i nie zaglądam na wasze. Jednak wczoraj zaczęłam trochę nadrabiać zaległości, a post który znalazłam u Klarki - o realnych spotkaniach wirtualnych znajomych - przypomniał mi pewną historię sprzed lat.
Działo się to bardzo dawno temu - w ubiegłym wieku nawet. Będąc młodą dzieweczką bawiłam w gościnie u rodziny - w obcym kraju, ba! - na innej półkuli. W kraju, który słynął powszechnie z tego, że na młode dzieweczki (i nie tylko) czyha tam mnóstwo niebezpieczeństw. W kraju epoki późnego Gierka było spokojnie jak u Pana Boga za piecem, a tam dom można było bez strachu zostawić otwarty, ale za to wyjście samopas na ulicę groziło pobiciem, zgwałceniem, pokrojeniem na plasterki i kto wie czym jeszcze.
Kraj wielki, ja ciekawa świata, a tu rodzina całkiem już zasymilowana, wszelkie wojaże w celach turystyczno-poznawczych uważa za fanaberię. Co tu robić?
Zapisałam się na jedną wycieczkę dla Polonusów, coś tam zobaczyłam, ale wszystko mało! Cóż wymyśliło rezolutne dziewczę? W polonijnej prasie znalazłam ogłoszenie matrymonialne chłopaka w podobnym wieku. Z dużego, ciekawego miasta ok. 200km dalej. Umówiłam się telefonicznie, wsiadłam w autobus i pojechałam. Rodzinie nakłamałam, że ktoś z Polski prosił mnie o przekazanie jakichś dokumentów, że to znajomy. Przecież w życiu by mnie nie puścili, wiedząc, że jadę w nieznane!
Pojechałam, spotkaliśmy się, zjedliśmy razem obiad, oprowadził mnie po mieście. Oczywiście nie zamierzałam szukać męża, no chyba żeby nagle trafił mnie piorun. Ale nie zaiskrzyło. Wracałam do domu nocnym autobusem, potem z dworca taksówką. Nic złego się nie wydarzyło, choć zdaję sobie sprawę, że mogło. Przypominam, że nie były to czasy komórek, internetu i innych podobnych wynalazków.
Właściwie jedyną nieprzyjemną przygodę przeżyłam w tym nocnym autobusie, gdzie nagabywał mnie pijany Murzyn (sorry, Afroamerykanin?). Moja znajomość języka była zbyt słaba, żeby go skląć, a nie wiedziałam, jakie są standardy, czy mogę się zwrócić o pomoc do kierowcy, czy nie zrobi się niebezpieczny, kiedy na niego nakrzyczę. Bo tak naprawdę wcale nie był niebezpieczny, tylko namolny - choć dziś nazwalibyśmy to molestowaniem.
Właściwie jestem z natury dość nieufną i ostrożną osobą. A jednak zdarzają mi się czasem podobne wyskoki (choć może już nie aż tak ekstremalne). Zwykle wtedy, gdy bardzo chcę zobaczyć, co jest za kolejnym zakrętem, za tamtą górą, za tymi drzwiami... A że zawsze chcę? To cud, że nigdy dotąd nie spotkało mnie nic złego!
Mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła....
Działo się to bardzo dawno temu - w ubiegłym wieku nawet. Będąc młodą dzieweczką bawiłam w gościnie u rodziny - w obcym kraju, ba! - na innej półkuli. W kraju, który słynął powszechnie z tego, że na młode dzieweczki (i nie tylko) czyha tam mnóstwo niebezpieczeństw. W kraju epoki późnego Gierka było spokojnie jak u Pana Boga za piecem, a tam dom można było bez strachu zostawić otwarty, ale za to wyjście samopas na ulicę groziło pobiciem, zgwałceniem, pokrojeniem na plasterki i kto wie czym jeszcze.
Kraj wielki, ja ciekawa świata, a tu rodzina całkiem już zasymilowana, wszelkie wojaże w celach turystyczno-poznawczych uważa za fanaberię. Co tu robić?
Zapisałam się na jedną wycieczkę dla Polonusów, coś tam zobaczyłam, ale wszystko mało! Cóż wymyśliło rezolutne dziewczę? W polonijnej prasie znalazłam ogłoszenie matrymonialne chłopaka w podobnym wieku. Z dużego, ciekawego miasta ok. 200km dalej. Umówiłam się telefonicznie, wsiadłam w autobus i pojechałam. Rodzinie nakłamałam, że ktoś z Polski prosił mnie o przekazanie jakichś dokumentów, że to znajomy. Przecież w życiu by mnie nie puścili, wiedząc, że jadę w nieznane!
Pojechałam, spotkaliśmy się, zjedliśmy razem obiad, oprowadził mnie po mieście. Oczywiście nie zamierzałam szukać męża, no chyba żeby nagle trafił mnie piorun. Ale nie zaiskrzyło. Wracałam do domu nocnym autobusem, potem z dworca taksówką. Nic złego się nie wydarzyło, choć zdaję sobie sprawę, że mogło. Przypominam, że nie były to czasy komórek, internetu i innych podobnych wynalazków.
Właściwie jedyną nieprzyjemną przygodę przeżyłam w tym nocnym autobusie, gdzie nagabywał mnie pijany Murzyn (sorry, Afroamerykanin?). Moja znajomość języka była zbyt słaba, żeby go skląć, a nie wiedziałam, jakie są standardy, czy mogę się zwrócić o pomoc do kierowcy, czy nie zrobi się niebezpieczny, kiedy na niego nakrzyczę. Bo tak naprawdę wcale nie był niebezpieczny, tylko namolny - choć dziś nazwalibyśmy to molestowaniem.
Właściwie jestem z natury dość nieufną i ostrożną osobą. A jednak zdarzają mi się czasem podobne wyskoki (choć może już nie aż tak ekstremalne). Zwykle wtedy, gdy bardzo chcę zobaczyć, co jest za kolejnym zakrętem, za tamtą górą, za tymi drzwiami... A że zawsze chcę? To cud, że nigdy dotąd nie spotkało mnie nic złego!
Mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła....
piątek, 21 września 2012
Gdzie są dzieci?
Moja młodziutka znajoma, z racji praktyk studenckich, pracuje w przedszkolu. Osiedlowym, najbliższym domu.
- No to teraz będą cię znały wszystkie dzieciaki z okolicznych podwórek. Kiedy będziesz szła, będą wołały za tobą "Psze pani, psze pani!" - ucieszył się kolega.
- Nie będą. Teraz na podwórkach nie ma dzieci - oświadczyła nasza młoda znajoma.
No właśnie, nie ma. Za naszych młodych lat dzieciaki były wszędzie. Zwisały z trzepaków, skakały przez gumę, grały w klasy i berka. Były konflikty, ale były też wielkie przyjaźnie. A przede wszystkim nauka życia w grupie, ustępowania sobie nawzajem, rywalizacji, współpracy - jednym słowem socjalizacja. Dziś dzieciaki siedzą w domach przed telewizorami i komputerami i rośnie nam pokolenie singli, którzy przyjaciół nie mają, co najwyżej znajomych - bo i skąd. Mówi się, że dzisiejszy świat jest bardziej niebezpieczny, że nie można puścić dziecka samopas, bo za każdym rogiem czai się złoczyńca. Czy tak jest w istocie? Czy nie sprowadziliśmy już modelu życia do granic absurdu? Nie wolno pójść z dzieckiem do piaskownicy, czy na plażę, bo może tam załatwiały się jakieś zwierzęta i będą jakieś pasożyty. Nie można zjeść jagód z krzaczka, bo bąblowiec. Jeździć na rowerze i rolkach tylko w kasku i ochraniaczach. Nie mówię, że (to ostatnie zwłaszcza) to źle. Ale myśmy jakoś nagminnie z tych rowerów i trzepaków nie spadali. Bawiliśmy się nie tylko w piaskownicach, ale i po prostu w ziemi, zakładając "ogródki", gotując zupy dla lalek, zakopując skarby. I ani tężca nie łapaliśmy, ani pasożyty nie były aż tak znowu powszechne.
We wszystkim potrzebny jest umiar. W dbaniu o zdrowie i bezpieczeństwo także. I w trosce o tak zwane wykształcenie. Wyczytałam gdzieś, że najmodniejszymi zajęciami dodatkowymi dla dzieci stają się ostatnio język chiński i robotyka. Ambitni rodzice wożą biedne dzieciaki z jednych zajęć na drugie, nie pozostawiając im nawet odrobiny czasu dla siebie. Co z tego im zostanie? Jedna z młodych kobiet, ankietowanych przez gazetę przyznała, że chodząc na angielski jako dziecko nie bardzo się przykładała, nie mając świadomości (choć rodzice jej to tłumaczyli) że może kiedyś być to dla niej ważne. Dziś jej znajomość angielskiego jest niewielka.
Myśmy mieli swoje młodzieżowe domy kultury (i komu to przeszkadzało) i różne zajęcia pozalekcyjne w szkołach. Ale więcej chyba było zajęć sportowych, albo ogólnorozwojowych typu rytmika, chór, kółka plastyczne. Bardziej zdolni mieli ogniska muzyczne. Bardziej ambitni ten angielski właśnie, albo kółka przedmiotowe.
Przeczytałam to, co napisałam przed chwilą i się przestraszyłam. Zabrzmiało to zupełnie jak narzekania starej baby w stylu "Za moich czasów, panie, było lepiej..."
Ale chciałabym, żeby dzieci wróciły na podwórka.
zdjęcie ze strony http://edula.pl/articles/show/115
sobota, 28 lipca 2012
Myśl, to nie boli!
Od kilku dni mamy wreszcie upał i słońce. Mnie to nie przeszkadza, bo lubię, ale niektórzy nie lubią, a innym wręcz szkodzi. I bywa, że to opiekun powinien o tym pamiętać.
Idę sobie wczoraj przez osiedle i co widzę? Ciemny piesek przywiązany do rachitycznego drzewka, które nie daje nawet odrobiny cienia, w pełnym słońcu czeka na swojego pana/panią. Obok bank, administracja osiedla - może ktoś wszedł na chwilę. Ale wracam za jakiś czas i widzę, że zwierzak dalej stoi, nie próbując nawet gdzieś się schować. Zaczynam szukać, dopytywać i co się okazuje - właścicielka siedzi w okolicznym "ciuchlandzie" na plotkach i nawet do głowy jej nie przyjdzie, że obok sklepu jest cień i słońce nie praży.
Nieco dalej widzę z kolei psa biegnącego na smyczy obok pana jadącego na rowerze. Rozumiem, że niektóre zwierzaki potrzebują więcej ruchu i taki bieg obok roweru jest dla nich zbawienny. Ale przecież nie w samo południe w czasie upałów! Wstań człowieku rano, kiedy jeszcze nie jest gorąco, a jak nie możesz, to jedź wieczorem!
Z innej beczki. Skoro mieszkam nad morzem, kiedy jest pogoda, cieszę się latem i bywam na plaży. I widzę tam sporo matek z niemowlętami. Nie małymi dziećmi, ale maluszkami 1-2-3-miesięcznymi, nieporadnymi jak ślepe kocięta. Przytulone do matczynej piersi, nawet osłonięte pieluszką, przy takim upale są mimo to narażone na ryzyko udaru i odwodnienia. Stosunek powierzchni skóry do wielkości ciała jest wszak zupełnie inny niż u dorosłego, zdolności przystosowawcze również. Także pod namiocikiem, który osłania przed bezpośrednimi promieniami słońca, ale ogranicza cyrkulację powietrza, może być jeszcze bardziej gorąco. A przecież wzdłuż plaży ciągnie się aleja lipowa, gdzie można pospacerować w cieniu i lekkim przewiewie. No, ale mama pewnie chce się poopalać! A co sądzić o mamie, która zostawiła dwuletnie dziecko na plaży i poszła po piwo? (wiadomość z dzisiejszych portali)
Jestem w stanie wybaczyć głupotę. Z nią się człowiek rodzi i nie ma na to rady. To nieszczęście. Ale bezmyślności, niefrasobliwości, zwłaszcza gdy w grę wchodzi zdrowie a nawet życie tych słabszych, którzy są od nas zależni - wybaczyć nie potrafię!
zdjęcie ze strony http://pl.123rf.com/stock-photo/smycz.html
Idę sobie wczoraj przez osiedle i co widzę? Ciemny piesek przywiązany do rachitycznego drzewka, które nie daje nawet odrobiny cienia, w pełnym słońcu czeka na swojego pana/panią. Obok bank, administracja osiedla - może ktoś wszedł na chwilę. Ale wracam za jakiś czas i widzę, że zwierzak dalej stoi, nie próbując nawet gdzieś się schować. Zaczynam szukać, dopytywać i co się okazuje - właścicielka siedzi w okolicznym "ciuchlandzie" na plotkach i nawet do głowy jej nie przyjdzie, że obok sklepu jest cień i słońce nie praży.
Nieco dalej widzę z kolei psa biegnącego na smyczy obok pana jadącego na rowerze. Rozumiem, że niektóre zwierzaki potrzebują więcej ruchu i taki bieg obok roweru jest dla nich zbawienny. Ale przecież nie w samo południe w czasie upałów! Wstań człowieku rano, kiedy jeszcze nie jest gorąco, a jak nie możesz, to jedź wieczorem!
Z innej beczki. Skoro mieszkam nad morzem, kiedy jest pogoda, cieszę się latem i bywam na plaży. I widzę tam sporo matek z niemowlętami. Nie małymi dziećmi, ale maluszkami 1-2-3-miesięcznymi, nieporadnymi jak ślepe kocięta. Przytulone do matczynej piersi, nawet osłonięte pieluszką, przy takim upale są mimo to narażone na ryzyko udaru i odwodnienia. Stosunek powierzchni skóry do wielkości ciała jest wszak zupełnie inny niż u dorosłego, zdolności przystosowawcze również. Także pod namiocikiem, który osłania przed bezpośrednimi promieniami słońca, ale ogranicza cyrkulację powietrza, może być jeszcze bardziej gorąco. A przecież wzdłuż plaży ciągnie się aleja lipowa, gdzie można pospacerować w cieniu i lekkim przewiewie. No, ale mama pewnie chce się poopalać! A co sądzić o mamie, która zostawiła dwuletnie dziecko na plaży i poszła po piwo? (wiadomość z dzisiejszych portali)
Jestem w stanie wybaczyć głupotę. Z nią się człowiek rodzi i nie ma na to rady. To nieszczęście. Ale bezmyślności, niefrasobliwości, zwłaszcza gdy w grę wchodzi zdrowie a nawet życie tych słabszych, którzy są od nas zależni - wybaczyć nie potrafię!
zdjęcie ze strony http://pl.123rf.com/stock-photo/smycz.html
środa, 18 lipca 2012
Zapach lata
Czym Wam pachnie lato? Nie mam tu na myśli oczywistych oczywistości w rodzaju: sianem, lawendą, maciejką.... Czym jeszcze może pachnieć, podpowie refren piosenki zapamiętanej z czasów studenckich
Każdy ma swój zapach, kojarzący się z latem. Dla mnie lato ma przede wszystkim zapach wody. A czy woda może pachnieć? Pachnie nawet ciepły, letni deszcz, a nawet wilgotne powietrze tuż przed burzą. Morska woda pachnie algami, solą, prawie nieuchwytnym zapachem ryb. Jeziora to zapach odrobiny mułu, tataraku, dzikiej mięty. Woda ma zapach świeżości. W połączeniu z zapachem olejku do opalania, szumem fal, pluskiem wioseł, krzykami i piskami dzieci baraszkujących w wodzie składa się na smak i zapach wakacji.
Według jakiegoś tam kryterium jestem znakiem "wodnym". Wyjątkowo się to sprawdza, łazienka to moje ulubione miejsce w domu, pod prysznicem mogłabym stać godzinami (przyznaję się do tego jednego z niewielu grzechów przeciwko ekologii). Dlatego też, choć lubię i góry i lasy, od zawsze nie było dla mnie wakacji, jeśli choć części nie można było spędzić nad wodą. Jezioro, morze, rzeka - obojętnie, byleby móc się kąpać, pływać kajakiem, spacerować brzegiem...
W tym roku lato nie pachnie. Deszcz, który wciąż pada, bardziej przypomina ten jesienny, niż pachnącą latem burzę. Nie pachnie jezioro, nie dość nagrzane kapryśnym słońcem. Czy uda mi się w tym roku choć raz wykąpać? Przyznam, że przeszkodą do tej pory była nie tylko mało letnia pogoda, ale także brak kostiumu. Stwierdziłam bowiem w którymś momencie, że nie czuję się już komfortowo z odsłoniętym - jeszcze nie najgorszym, ale już nie najmłodszym - brzuchem. Cóż - lata lecą, osiemnastka już dawno poza mną. Jednym słowem zaczęłam poszukiwania kostiumu jednoczęściowego. W dodatku miałam taki sobie kaprys, żeby to nie był kostium pływacki, który rozpłaszcza każdą figurę, czyniąc z ponętnej kobiety bezkształtne "niewiadomoco", ale ładnie skrojony kostium plażowy. I tu okazało się, że kobieta w moim wieku powinna mieć rozmiar w granicach 46-54. Bo tylko takie kostiumy są na rynku. Taka sobie przeciętna czterdziestka ma eksponować wdzięki w czymś, co skrojone jest po to, by broń Boże nic nie zakrywać. A jeśli nie ma ochoty? No cóż, może jeszcze wydać 400-500 zł na kostium markowy. No sorry, nie wydałabym, nawet, gdybym była milonerką, bo uważam to za przegięcie. Tyle pieniędzy za kawałek materiału, który szybko rozciągnie się i sparcieje?
Pod koniec XIX wieku "...panie, aby się wykąpać, wynajmowały pojazd konny osłonięty budą przed oczami ciekawskich. Tam przebierały się w swoje kostiumy, po czym woźnica zacinał konia i wóz wjeżdżał w morze. Dopiero wówczas mogły zanurzyć się w wodzie. Wypluskawszy się w falach, wchodziły damy znowu do wozu, tam wkładały na siebie gorsety, pantalony, halki, bluzki, spódnice, żakiety, rękawiczki i kapelusze z woalką. Tylko w takim rynsztunku, z nieodłączną koronkową parasolką przeciwsłoneczną w dłoni, mogły się pokazać na plaży." /J. Olczak-Ronikier W ogrodzie pamięci/
Czasy się zmieniły, nie mamy już nic do ukrycia. A może jednak? Nie każdy jest Adonisem, czy Wenus z Milo. Może dziś, w dobie kostiumów z cyklu "pokaż kotku, co masz w środku" ktoś pomyślałby o tych, którzy nie lubią epatować nagim, nie pierwszej młodości ciałem, a wciąż marzą o morskich kąpielach? Zbawiennych wszak dla ciała i duszy. W Grecji usłyszałam opowieść o staruszce, która nie mogła już chodzić, ale wciąż marzyła o zanurzeniu się w morzu. Na szczęście rodzinę miała dobrą i jak ona wierzącą w cudowne właściwości morskich kąpieli. Nosili więc babcię na krzesełku i wstawiali w nim do wody, by choć w ten sposób zaznała przyjemności.
A ja kostium już mam. Bardzo zgrabny i całkiem niedrogi. Teraz jeszcze tylko odrobina lata pachnącego wodą....
Według jakiegoś tam kryterium jestem znakiem "wodnym". Wyjątkowo się to sprawdza, łazienka to moje ulubione miejsce w domu, pod prysznicem mogłabym stać godzinami (przyznaję się do tego jednego z niewielu grzechów przeciwko ekologii). Dlatego też, choć lubię i góry i lasy, od zawsze nie było dla mnie wakacji, jeśli choć części nie można było spędzić nad wodą. Jezioro, morze, rzeka - obojętnie, byleby móc się kąpać, pływać kajakiem, spacerować brzegiem...
W tym roku lato nie pachnie. Deszcz, który wciąż pada, bardziej przypomina ten jesienny, niż pachnącą latem burzę. Nie pachnie jezioro, nie dość nagrzane kapryśnym słońcem. Czy uda mi się w tym roku choć raz wykąpać? Przyznam, że przeszkodą do tej pory była nie tylko mało letnia pogoda, ale także brak kostiumu. Stwierdziłam bowiem w którymś momencie, że nie czuję się już komfortowo z odsłoniętym - jeszcze nie najgorszym, ale już nie najmłodszym - brzuchem. Cóż - lata lecą, osiemnastka już dawno poza mną. Jednym słowem zaczęłam poszukiwania kostiumu jednoczęściowego. W dodatku miałam taki sobie kaprys, żeby to nie był kostium pływacki, który rozpłaszcza każdą figurę, czyniąc z ponętnej kobiety bezkształtne "niewiadomoco", ale ładnie skrojony kostium plażowy. I tu okazało się, że kobieta w moim wieku powinna mieć rozmiar w granicach 46-54. Bo tylko takie kostiumy są na rynku. Taka sobie przeciętna czterdziestka ma eksponować wdzięki w czymś, co skrojone jest po to, by broń Boże nic nie zakrywać. A jeśli nie ma ochoty? No cóż, może jeszcze wydać 400-500 zł na kostium markowy. No sorry, nie wydałabym, nawet, gdybym była milonerką, bo uważam to za przegięcie. Tyle pieniędzy za kawałek materiału, który szybko rozciągnie się i sparcieje?
Pod koniec XIX wieku "...panie, aby się wykąpać, wynajmowały pojazd konny osłonięty budą przed oczami ciekawskich. Tam przebierały się w swoje kostiumy, po czym woźnica zacinał konia i wóz wjeżdżał w morze. Dopiero wówczas mogły zanurzyć się w wodzie. Wypluskawszy się w falach, wchodziły damy znowu do wozu, tam wkładały na siebie gorsety, pantalony, halki, bluzki, spódnice, żakiety, rękawiczki i kapelusze z woalką. Tylko w takim rynsztunku, z nieodłączną koronkową parasolką przeciwsłoneczną w dłoni, mogły się pokazać na plaży." /J. Olczak-Ronikier W ogrodzie pamięci/
Czasy się zmieniły, nie mamy już nic do ukrycia. A może jednak? Nie każdy jest Adonisem, czy Wenus z Milo. Może dziś, w dobie kostiumów z cyklu "pokaż kotku, co masz w środku" ktoś pomyślałby o tych, którzy nie lubią epatować nagim, nie pierwszej młodości ciałem, a wciąż marzą o morskich kąpielach? Zbawiennych wszak dla ciała i duszy. W Grecji usłyszałam opowieść o staruszce, która nie mogła już chodzić, ale wciąż marzyła o zanurzeniu się w morzu. Na szczęście rodzinę miała dobrą i jak ona wierzącą w cudowne właściwości morskich kąpieli. Nosili więc babcię na krzesełku i wstawiali w nim do wody, by choć w ten sposób zaznała przyjemności.
A ja kostium już mam. Bardzo zgrabny i całkiem niedrogi. Teraz jeszcze tylko odrobina lata pachnącego wodą....
środa, 11 lipca 2012
Umrzeć nie jest łatwo...
Kto wie, jak to jest żyć z wyrokiem śmierci? Wiedząc, że każdy dzień nieodwołalnie przybliża koniec, bo nie ma już żadnego sposobu, żadnej nadziei na poprawę? Kiedy wyczerpało się wszystkie metody i środki?
Jeszcze chciałoby się nie budzić odrazy własnym wyglądem, jeszcze z uwagą czesze się resztki włosów patrząc w lusterko. Jeszcze próbuje się samodzielnie przygotować kolację, choć trzeba walczyć z własnymi płucami o każdy, najpłytszy nawet oddech. Jeszcze żąda się obsadzenia skrzynek na balkonie, bo przecież zawsze były kwiaty, a w tym roku tak pusto...A tu fizjologia płata figle, odzierając człowieka z resztek godności. Najbliższy człowiek musi być niechcianym świadkiem tego upodlenia i nie może w żaden sposób pomóc. Nikt nie może - przez bramę śmierci trzeba przejść samotnie. Więc chciałoby się umrzeć jak najszybciej, żeby skrócić cierpienia ciała i mękę oczekiwania na niewiadome. A jednak to biedne, wymęczone ciało nie poddaje się tak łatwo, każąc walczyć o każdy dzień, każdą kolejną godzinę....
Umrzeć wcale nie jest tak łatwo...
Przepraszam za ten tekst w środku słonecznego lata. Cóż - śmierć pór roku nie wybiera....
środa, 20 czerwca 2012
Karta Nauczyciela - mój komentarz do listów otwartych
Zdaję sobie sprawę, że wkładam kij w mrowisko i narażę się niektórym w blogosferze, ale po wejściu na stronę polonistki i przeczytaniu artykułu, którego post dotyczy, świerzbi mnie język, żeby dołożyć swoje trzy grosze. Uważam, że wystarczająco "jestem w temacie" - nauczycielką była moja mama, ciotka i bratowa. Epizod nauczycielski w życiu mieli też mój ojciec i brat. Jak każdy, przyglądałam się także pracy nauczycieli moich i moich dzieci. Byli wśród nich lepsi i gorsi, jak w każdym zawodzie.
Czy to nie wstyd, że polska nauczycielka dostaje na rękę dwa tysiące? Ano, jeśli wstyd, to wstyd także, że podobnie zarabia lekarz, farmaceuta, psycholog, urzędnik w magistracie i sporo innych osób z wyższym wykształceniem na oficjalnym, państwowym etacie. Oni wszyscy musieli zdobywać wykształcenie długo, czasem dłużej i ciężej niż wspomniana nauczycielka. Oni także w większości mają obowiązek dokształcania się. Oni również, chcąc utrzymać rodzinę z jednej pensji (choć w zasadzie dlaczego?) są zmuszeni dorabiać. Przy czym np.dorabianie lekarza wiąże się z obecnością na dyżurach nocnych i popołudniowych, na pracy w kilku przychodniach czy szpitalach. Te rzekome kokosy, których tak wielu im zazdrości (ja nie) okupione są częstą nieobecnością w życiu rodziny. A dorabianie nauczyciela? Kiedy moja mama dawała korepetycje, ja bawiłam się w pokoju obok. Nie potrzeba było wynajmować opiekunki, żeby zajmowała się dodatkowo dziećmi i oddawać jej części zarobionych pieniędzy. Mogła zajrzeć do mnie na chwilę, mogła zrobić dzieciom kolację i położyć je spać. A wakacje, ferie? Też były dla nas. Te kilka dni po zakończeniu roku szkolnego i przed jego rozpoczęciem, kiedy trzeba być "w dyspozycji" to tylko ułamek wszystkich dni wolnych. A te osławione 18 godzin? Protestujecie, że to tylko część waszej pracy. Zgoda, tylko że pozostała część także przeważnie odbywa się w domu. Najczęściej można ją wykonać w najbardziej dogodnym dla siebie momencie, nawet - jak pan Huelle - w nocy. Czemu więc, dla przejrzystości sytuacji, nie spędzić całego etatowego czasu pracy w szkole? Tak, jak to jest przyjęte w wielu krajach - tam poprawiać prace, spotykać się z rodzicami, być do dypozycji uczniów, prowadzić zajęcia dodatkowe...Kiedy byłam dzieckiem, prawie każdy nauczyciel miał jakies zajęcia - kółka teatralne, próby chóru, zbiórki harcerskie SKS-y i wiele innych. Dziś nie ma na to pieniędzy - dodatkowych. Nie ma też zgody na "odrabianie" należnego czasu pracy w szkole. Jakoś dziwnie nikt się do takiego rozwiązania nie pali! Więc jednak ten ogrom pracy dodatkowej to nie do końca prawda?
Karta Nauczyciela daje nauczycielowi mianowanemu daleko idącą ochronę. Ocena jego pracy jest względna. Dobrze napisany konspekt i lekcja pokazowa przygotowana na zapowiedzianą wizytację nie są w stanie rzetelnie pokazać codziennej pracy z uczniami. Dużo bardziej odpowiadałby mi stosowany w niektórych krajach system kontraktowy, gdzie nauczyciel jest oceniany po wynikach swojej pracy - zarówno przez władze oświatowe, jak i radę rodziców, dyrekcję i samych uczniów. Jeśli ocena jest pozytywna, kontrakt może być przedłużony na następny okres. Natomiast nie sądzę, by prywatyzowanie całego szkolnictwa było dobrym pomysłem. W dalszym ciągu powinny istnieć obok siebie szkoły publiczne, prywatne i społeczne. I w każdej z nich subwencja oświatowa, czyli dotacja państwa na każdego ucznia musi być taka sama, bo państwo ma obowiązek konstytucyjny wobec każdego obywatela.
Na koniec - dobremu fachowcowi zawsze należy się szacunek, obojętnie, czy to nauczyciel, urzędnik, czy fryzjer. Ale też nie ma powodu by pałać świętym oburzeniem i bronić czegoś, co jest nie do obrony. Za to warto dopilnować, by planowane zmiany nie były tylko cięciem kosztów, a rzeczywiście przysłużyły się oświacie. Ale to już inna bajka...
obraz ze strony http://pl.123rf.com/stock-photo/nauczyciel.html
piątek, 15 czerwca 2012
Jak już się starzeć, to tylko....
....z godnością - nasuwa się samo. Ale nie mam tu wcale na myśli obrazu siwiutkich staruszków siedzących w ciepłych kapciach w ulubionym fotelu z gazetą czy robótką w ręce. Przeciwnie, to fantastyczne, że dziś po odchowaniu dzieci wiele osób "zaczyna nowe życie" realizując swoje wcześniejsze marzenia - podróżując, malując, zaczynając uczyć się jeździć na nartach, rowerze, opanowując nowe języki, czy choćby komputer. Pomysłów na aktywność w wieku X+ może być mnóstwo.
Ja jednak, mówiąc o tej godności, mam na myśli znajomą Panią Mecenas. Nie, nie, bynajmniej nie jest to "dzidzia - piernik". Ktos przypadkowy, spojrzawszy na nią, zobaczy atrakcyjną kobietę około pięćdziesiątki. Myślę, że nawet nie jest zbyt ładna, ale dobrze dobrany makijaż, kolor włosów i fryzura (peruka?) sprawiają, że wygląda bardzo korzystnie. Pytanie tylko, czy kładzie się tak do łóżka? Pani bowiem ma lat nie 50, a 66 i obsesyjnie pracuje jeśli już nie nad odmłodzeniem, to przynajmniej nad zachowaniem status quo. Niewiele osób wie, jakim odbywa się to kosztem, a już na pewno nie jej towarzysz życia. Więc chyba w domu musi też grać do końca?
Na pewno na te koszty (i nie myślę bynajmniej o sferze materialnej) składają się implanty zębowe, regularne wstrzyknięcia kolagenu, czy innego świństwa. Może operacja plastyczna parę lat temu, bo nagle po pewnej nieobecności zaczęła lepiej, "inaczej" wyglądać. Do tego stała kontrola wagi, nie tylko banalnym błonnikiem, czy chromem, ale także lekami służącymi do leczenia tarczycy, cukrzycy, czy odwadniającymi. Choć cera jest gładka jak pupa niemowlaka, trzeba dmuchać na zimne - więc profilaktycznie od czasu do czasu silne leki stosowane w ciężkich postaciach trądziku i blizn potrądzikowych. Oczywiście cały czas hormony, bo przecież odmładzają - choć nie powinno się ich brać dłużej niż pięć lat. Przewód pokarmowy już tego wszystkiego nie toleruje, dochodzą więc leki na jelita i na wrzody żołądka.
Najwyższym zaś kosztem tej walki jest strach - że się nie uda, że coś się rozsypie - nie wiem, może przed utratą partnera, który chyba jest młodszy i przed którym tyle się ukrywa? Strach, który powoduje, że trzeba brać uspokajacze i antydepresanty, żeby normalnie funkcjonować...Czasem się zastanawiam, czy to jeszcze kobieta, czy już tylko fantom, napędzany chemią?
Nie wierzę w zapewnienia niektórych starszych aktorek, że nic nie robią ze swoją urodą, po prostu "tak mają". Żeby dobrze wyglądać, mając więcej niż -naście lat, trzeba o siebie dbać. Nie wierzę też w zapewnienia, że starość jest taka fajna. Nie jest. Nagle któregoś dnia odkrywamy, że nie widzimy i nie słyszymy już tak, jak kiedyś, coś nas strzyka, a nasze ciało zaczyna stawiać nam ograniczenia, które musimy pokonywać, by zachować jaką taką sprawność. Nie zgadzam się też z tymi, którzy mówią, że nie chcieliby się cofnąć do lat młodości, bo to okres największego cierpienia. Ja bym chciała. Młodość i związane z nią emocje są jedyne i niepowtarzalne. Tylko wtedy potrafi się tak kochać i tak rozpaczać. To prawda, że dziś ze spokojem przyjmujemy sytuacje, które kiedyś wywoływały skrajne uczucia. To właśnie niektórzy najbardziej cenią w wieku dojrzałym. A jednak czasem tęskno do tych "szalonych, wspaniałych lat".
Więc zaszalejmy czasem, byle z odrobiną godności!
Ja jednak, mówiąc o tej godności, mam na myśli znajomą Panią Mecenas. Nie, nie, bynajmniej nie jest to "dzidzia - piernik". Ktos przypadkowy, spojrzawszy na nią, zobaczy atrakcyjną kobietę około pięćdziesiątki. Myślę, że nawet nie jest zbyt ładna, ale dobrze dobrany makijaż, kolor włosów i fryzura (peruka?) sprawiają, że wygląda bardzo korzystnie. Pytanie tylko, czy kładzie się tak do łóżka? Pani bowiem ma lat nie 50, a 66 i obsesyjnie pracuje jeśli już nie nad odmłodzeniem, to przynajmniej nad zachowaniem status quo. Niewiele osób wie, jakim odbywa się to kosztem, a już na pewno nie jej towarzysz życia. Więc chyba w domu musi też grać do końca?
Na pewno na te koszty (i nie myślę bynajmniej o sferze materialnej) składają się implanty zębowe, regularne wstrzyknięcia kolagenu, czy innego świństwa. Może operacja plastyczna parę lat temu, bo nagle po pewnej nieobecności zaczęła lepiej, "inaczej" wyglądać. Do tego stała kontrola wagi, nie tylko banalnym błonnikiem, czy chromem, ale także lekami służącymi do leczenia tarczycy, cukrzycy, czy odwadniającymi. Choć cera jest gładka jak pupa niemowlaka, trzeba dmuchać na zimne - więc profilaktycznie od czasu do czasu silne leki stosowane w ciężkich postaciach trądziku i blizn potrądzikowych. Oczywiście cały czas hormony, bo przecież odmładzają - choć nie powinno się ich brać dłużej niż pięć lat. Przewód pokarmowy już tego wszystkiego nie toleruje, dochodzą więc leki na jelita i na wrzody żołądka.
Najwyższym zaś kosztem tej walki jest strach - że się nie uda, że coś się rozsypie - nie wiem, może przed utratą partnera, który chyba jest młodszy i przed którym tyle się ukrywa? Strach, który powoduje, że trzeba brać uspokajacze i antydepresanty, żeby normalnie funkcjonować...Czasem się zastanawiam, czy to jeszcze kobieta, czy już tylko fantom, napędzany chemią?
Nie wierzę w zapewnienia niektórych starszych aktorek, że nic nie robią ze swoją urodą, po prostu "tak mają". Żeby dobrze wyglądać, mając więcej niż -naście lat, trzeba o siebie dbać. Nie wierzę też w zapewnienia, że starość jest taka fajna. Nie jest. Nagle któregoś dnia odkrywamy, że nie widzimy i nie słyszymy już tak, jak kiedyś, coś nas strzyka, a nasze ciało zaczyna stawiać nam ograniczenia, które musimy pokonywać, by zachować jaką taką sprawność. Nie zgadzam się też z tymi, którzy mówią, że nie chcieliby się cofnąć do lat młodości, bo to okres największego cierpienia. Ja bym chciała. Młodość i związane z nią emocje są jedyne i niepowtarzalne. Tylko wtedy potrafi się tak kochać i tak rozpaczać. To prawda, że dziś ze spokojem przyjmujemy sytuacje, które kiedyś wywoływały skrajne uczucia. To właśnie niektórzy najbardziej cenią w wieku dojrzałym. A jednak czasem tęskno do tych "szalonych, wspaniałych lat".
Subskrybuj:
Posty (Atom)


